
***
– Jasna cholera! – wyjęczał, patrząc jak próbuję się pozbierać. Pozycję miałam dziwną, taką jak z horroru typu ręka, noga, mózg na ścianie. Szef latał dokoła mnie, jednocześnie tłumacząc komuś przez telefon, że stan jest wyjątkowo ciężki i pewnie już umieram. Nie powiem, bolały mnie pośladki i prawa kostka, ale do agonii to mi było jeszcze daleko. Próbował mnie podnieść, ale wtedy i on elegancko wyłożył się na kałuży wina. Ciszę przeszył kolejny ryk, a potem do środka wpadli sanitariusze. Jak tylko mnie zobaczyli, to wyraźnie pobledli i od razu próbowali założyć mi gorset.
– Proszę głęboko oddychać i się nie ruszać, to może być poważny uraz głowy.
– Kostkę skręciłam – warknęłam, a wtedy jeden z nich przyjrzał mi się uważnie.
– Zapalcie większe światło – rozkazał, a wtedy łazienkę rozświetlił blask. – Co to jest? – zapytał, dotykając mojego policzka.
– Maseczka z truskawki – burknęłam. – A te plamy na szlafroku to od wina. Przez przypadek wylałam jeszcze przed kąpielą, a nie chciało mi się od razu sprzątać.
– Czyli nic… pani nie jest? – wyjąkał.
– Pupa mnie boli – poskarżyłam się, a spojrzenia wszystkich czterech mężczyzn powędrowały w kierunku moich pośladków. – Nawet mocno – chlipnęłam, aby dodać sytuacji dramatyzmu. – Może coś złamałam?
– Taka ilość tłuszczu wszystko ochroni. – Wolałam ani nie spoglądać na szefa, ani z nim nie dyskutować. – Możecie jechać, pokryję koszty, a z nią się policzę!
Panowie elegancko zwinęli się w pół minuty, na odchodnym rzucając w naszym kierunku kilka rozbawionych spojrzeń. Zostałam sama z szefem i pierwsze co zrobiłam, to zdrowo przyłożyłam mu ręcznikiem.
– To za ten tłuszcz – oznajmiłam mściwie.
– Masz trzy minuty, aby doprowadzić się do normalnego stanu, a potem porozmawiamy! – warknął, a wychodząc z łazienki, rąbnął drzwiami tak, że aż echo poszło po całym budynku. Z trudem podniosłam się z podłogi, sprawdziłam kostkę i dostrzegłam, że chyba trochę mi spuchła. Na końcu zmyłam maseczkę, założyłam drugi szlafrok, ten pobrudzony winem wrzucając do kosza i w końcu wyszłam, przyznaję, z duszą na ramieniu.
Dokuśtykałam do salonu, gdzie przed ogromnym oknem stał Konrad. Nawet się nie obrócił, chociaż w szybie odbijała się jego gniewna twarz.
– Przepraszam – powiedziałam ze skruchą. – Nie miałam pojęcia, że maseczka z truskawki może dać taki efekt. Poza tym mamy problem, bo naprawdę boli mnie noga i chyba nie dam rady założyć tych ekstra butów, które dziś kupiliśmy.
– Boli cię noga?
– Nawet trochę opuchła.
– Opuchła?
– Przestań powtarzać moje słowa – zdenerwowałam się. – Przecież nie zrobiłam tego specjalnie!
W końcu na mnie spojrzał. Gdyby wzrok mógł zabijać, to od razu zeszłabym z tego świata na jakiś zawał czy udar, a tak tylko poczułam się niepewnie. Pokrzyżowanie planów pana prezesa mogło skończyć się naprawdę źle.
– Lepiej żebyś jutro była sprawna – powiedział lodowatym głosem i szybkim krokiem udał się do własnej sypialni. Nie ośmieliłam się go zatrzymać, a tym bardziej cokolwiek powiedzieć. Wzięłam z zamrażarki woreczek z lodem, połknęłam tabletkę przeciwbólową i poszłam spać.
Na rano kostka bolała jakby mniej, chociaż i tak nie wyobrażałam sobie założenia wysokich obcasów. Nie w tym stanie. Postanowiłam jednak, że nie zacznę tego tematu, dopóki nie wrócimy. Konrad udawał, że nie dostrzega, jak kuśtykam, zresztą mówił niewiele, unikał mojego wzroku i miałam dziwne wrażenie, że jest jak wulkan przed erupcją. Zresztą, to dla niego był całkiem normalny stan.
Od rana mieliśmy spotkanie z szefami działów, potem musiałam napisać kilka ważnych maili, a jeszcze później otrzymałam suche polecenie, że szef życzy sobie chińskich bułeczek i idealnej kawy. Załatwiłam mu te cholerne bułeczki, przygotowałam kawę i ponuro zadumana, weszłam do jaskini wszetecznego zła.
Wszeteczne zło bez słowa wyjęło z szuflady termometr i już wiedziałam, że będzie awantura.
– To ma być moja kawa? – wysyczał, a ja tym razem wolałam nie wylewać mu jej na głowę. – Ma sześćdziesiąt pięć stopni!
– Może jeszcze niech ostygnie i potraktujesz ją jak mrożoną?
– Mrożoną?
– Boli mnie noga, naprawdę. Nie założę dzisiaj tych butów, nie dałabym w nich rady przejść nawet dwóch metrów.
– A co założysz?
– Tak myślę, że teraz jest modne połączenie z adidasami – powiedziałam ostrożnie, chociaż miałam wrażenie, że gadam totalne głupoty. – Najlepiej białe.
– Białe? – wstał i podszedł bliżej, tak, że znalazł się teraz tuż obok mnie.
– Chyba tak – wyjąkałam niepewnie, cofając się. W takim stanie jeszcze go nie widziałam. Jeśli dałoby się połączyć lód i ogień, to właśnie byłoby najlepsze określenie. Niestety, cofanie to był zły pomysł, bo uderzyłam pupą o blat biurka.
– Chyba? – powtórzył. – Już dawno powinienem cię wywalić na zbity pysk! Zero szacunku, wciąż zwracasz się do mnie na ty, zachowujesz jak niedorozwinięta nastolatka, niszczysz dobytek i nawet po tak długim okresie pracy, nie potrafisz zadbać, aby kawa miała cholerne siedemdziesiąt pięć stopni! – ostatnie słowa już krzyczał. Na dodatek oparł dłonie o blat po obu moich stronach i znalazłam się w pułapce. Im bardziej on się pochylał, tym bardziej wyginałam się w tył, czując, że zaraz uderzę plecami o biurko.
– Dwa stopnie…
– To są kurwa zawsze dwa stopnie! – wydarł się.
Byłam pewna, że za chwilę mogą wydarzyć się dwie rzeczy. Albo udusi mnie w napadzie szału, albo pocałuje. Z dwojga złego wolałam to drugie, ale szef znów mnie zaskoczył.
– Zmień to, albo zerwę naszą umowę w trybie natychmiastowym. A konsekwencje będą – spojrzał na mnie znacząco – straszne. Ta umowa to miała być dla ciebie nauczka, a dla mnie satysfakcja, nie odwrotnie. Do udawania narzeczonej mogę zatrudnić normalną, atrakcyjną kobietę, a nie spasionego stracha na wróble.
Miałam dokładnie pięć kilogramów powyżej normy, a ten nazywał mnie spasioną! Jak on śmiał? Głupi palant! Jakby wygląd miał taki, jak charakter, to by go w cyrku pokazywali jako wybryk natury.
– Od teraz kawa będzie miała siedemdziesiąt pięć stopni, bułeczki po pięć pomidorków, bo wytrzymam jeszcze ten miesiąc, a później znajdę sobie normalną pracę, a nie harówkę u socjopatycznego mizofobika, który własne kompleksy maskuje wydzierając się na niewinną sekretarkę – powiedziałam mściwie, dla podkreślenia wagi moich słów dźgając go palcem w tors.
– Ja mam kompleksy? Ja?
– Na pewno większe niż ja. I nie jestem spasiona! To tylko pięć kilogramów!
– Jakie niby mam kompleksy?
– I kocham te moje dodatkowe pięć kilo!
– Jakie kompleksy? – wrzasnął.– W dupie mam twoje kilogramy! Pięć, dziesięć czy dwadzieścia i tak jesteś spa…
Nie dokończył, bo wymierzyłam mu siarczysty policzek.
– Jeszcze słowo, a ty będziesz szczerbaty – zagroziłam.
Nic nie mówiąc, dotknął znieważonego policzka. Tak zaskoczonego jeszcze go nie widziałam. Chyba byłam pierwsza, która mu przyłożyła.
– Uderzyłaś mnie – powiedział w końcu.
– Zasłużyłeś. Nie wypieram się popełnionych błędów, ale nie jesteś lepszy. Wiesz, że sekretarki prowadziły specjalny pamiętnik, w którym opisywały twoje zachowanie i własne wrażenia? Wiesz, że cała firma robi zakłady, ile która wytrzyma na tym stanowisku? Całkiem nieźle podbiłam stawkę, bo dawali mi dwa tygodnie – pochwaliłam się, podczas gdy Konrad gapił się na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. – Jak mi się uda jeszcze miesiąc, to zgarnę okrągłego tysiaka.
Zmrużył oczy. Przestał być wściekły, ale to wcale mnie nie uspokoiło. Co ta bestia knuła?
– Miesiąc? – zapytał. Głos miał lekko schrypnięty, niższy o ton niż zwykle. - Może podbijemy stawkę do pół roku?
Odpowiedź
Nat
Kiedy kolejne części?