Zielone, niebieskie, ona (I)

with Brak komentarzy

niezwykła historia trójkątu miłosnego– Wtedy stałam z nim twarzą w twarz. Widziałam jak wygląda. Obudziłam się i poszłam do pracy. Kiedy skończyłam, zadzwoniła koleżanka. Prosiła mnie o przysługę. Chciałam stamtąd uciec, ale wtedy pojawili się oni. Jak w tamtym koszmarze. Schowałam się pod łóżkiem. Wszystko słyszałam, niewiele widziałam. Pomieszałam ułudę z rzeczywistością. To nie ja ją zabiłam, przysięgam! – Ostatnie zdanie wykrzyczała na głos.

Przez chwilę milczał, mierząc ją nieodgadnionym spojrzeniem. Później wstał tak energicznie, że odepchnięte krzesło upadło z hukiem na posadzkę. Mężczyzna nie zwrócił na to uwagi, kierując się ku drzwiom.

– Zaczekaj, zaraz coś ci pokażę.

Jakby miała wybór! Posmutniała, oparła ramiona o blat stołu, wtuliła w nie głowę. Za wszelką cenę chciała znaleźć się w domu, w Polsce. Ale od ojczyzny dzieliło ją pół Europy, a Hiszpania… Ten kraj był gorący, pulsujący życiem, ale dla niej było w tym coś sztucznego, coś nienaturalnego, jakby mieszkający tu ludzie za wszelką cenę chcieli oszukać przeznaczenie, wykorzystując na przyjemności, śpiew i zabawę każdą wolną chwilę. Nie wydało jej się to spontaniczne, a wymuszone, pełne desperacji. A jej dom leżał wśród łagodnych pól, strzelistych lasów, pomiędzy srebrzącymi się jeziorkami i łagodnymi wzniesieniami. Z przodu przed oknami kwitły różne odmiany kwiatów, z tyłu pysznił się sad z wiekowych drzew, których gałęzie uginały się pod ciężarem owoców: słodkich czereśni, orzeźwiających wiśni, rumianych jabłek czy aksamitnych śliwek. Wiosną stroił się w białe kwiecie, jesienią w czerwienie i złoto. Zimą trwał w ciszy przykryty puchową pierzynką śniegu. A nad tymi strzelistymi drzewami co wieczór zachodziło słońce, sprawiając że piękno tego pejzażu nie miało sobie równych. Sam budynek nie grzeszył rozmiarem. Trzy pomieszczenia na parterze, dwa malutkie pokoiki na górze. Wszystko zapełnione drobiazgami, ludźmi i życiem. Zmęczona matka, która wieczorem siadała przy podniszczonym pianinie, jej cudowny głos niosący się echem po okolicy. Młodsze, trochę zwariowane rodzeństwo. Zapach świeżo pieczonego chleba…

Ze wspomnień wyrwał ją męski głos. Uniosła głowę i napotkała wzrok policjanta.

– To jest zdjęcie pewnego mężczyzny, na którego Interpol ma oko. Proszę się przyjrzeć uważnie i powiedzieć, czy to on.

Wzięła do ręki fotografię, zastanawiając się, kiedy ją zrobiono. Musieli już raz go przymknąć, bo nie przypuszczała, aby potencjalny przestępca zechciał pozować do portretowego zdjęcia.

Tak, to był on. Tutaj nie miał włosów zaczesanych do tyłu. Niesfornie opadały mu na czoło. Dostrzegła w nich sporo nitek siwizny. Owalna twarz, całkiem zwyczajna, przystojna. Elegancko przystrzyżona broda. Zmarszczki w kącikach oczu. Prosty, zgrabny nos. Lekki uśmiech na kształtnych wargach, jak gdyby puszczał oczko do fotografa. Nic szczególnego, prócz koloru oczu. Jedno niebieskie, jedno zielone. I malująca się w nich bezwzględność, obezwładniający chłód, brak jakichkolwiek uczuć, szaleństwo.

– Tak, to chyba on – zamyślona odłożyła zdjęcie. – Nie pamiętam szczegółów. W końcu to był tylko sen. Ale oczy… Ich nie sposób zapomnieć, są zbyt oryginalne.

Policjant usiadł naprzeciwko, patrząc na nią wyjątkowo ponurym wzrokiem.

– Nie mam pojęcia, co powinienem z tobą zrobić.

Nie spytała dlaczego. Odważnie odwzajemniła jego chłodne, pełne dystansu spojrzenie. Na swój sposób był szalenie przystojny. Tajemnicza twierdza, nie do zdobycia, nie do sforsowania. W wyobraźni ujrzała go nagiego, z potarganymi włosami, potem perlącym się na czole, z rozchylonymi ustami. Mięśnie prężyły się w tak każdego ruchu bioder, w przepastnie ciemnych oczach błyszczało pożądanie. Poczuła dreszcz przebiegający po całym ciele. Do nozdrzy dotarł zapach nieznanej wody po goleniu, z nutą cytrusów i mięty. Podrażnił je, połaskotał, wywołał całkiem nieznane uczucia. I zniknął tak nagle, jak się pojawił.

– Na razie możesz wrócić do domu.

– Do Polski? – spytała z niedowierzaniem.

– Co?

– Czy miałeś na myśli mieszkanie, które wynajmujemy z koleżankami?

– Tak. To miałem na myśli. Możesz też wrócić do pracy, jeśli chcesz.

– Jeśli po tym wszystkim mnie nie wyrzucą – westchnęła, wstając i prostując zdrętwiałe plecy. Odłożyła koc i zadrżała z zimna.

– To już nie moja sprawa – odparł suchym tonem, również się podnosząc. Ubrany był całkiem zwyczajnie, w sprane dżinsy, białą koszulę i nieco sfatygowaną, skórzaną kurtkę. Żadnego mundury czy odznaki.

– Trafię do wyjścia? – spytała, otulając się ramionami, chociaż wiedziała jakie to beznadziejne. Nie będzie jej od tego cieplej.

– W prawo, prosto do samego końca, potem w lewo.

– Dziękuję.

Spojrzał na nią zdziwiony, jakby nie rozumiał, za co mu dziękuje. A przecież powiedziała to odruchowo, taki zwyczajny gest, zwyczajne słowo, bez żadnych podtekstów czy ukrytego znaczenia.

Bezbłędnie trafiła do wyjścia.

Stanęła pod niewielkim wykuszem, zastanawiając się, co teraz. Padało. Lało. Z nieba leciały całe potoki deszczu. Wiatr szarpnął jej wymiętą, przepoconą koszulką, splątanymi włosami. Powinna jak najprędzej pójść do domu, ale czuła się taka dziwnie odrętwiała. Zmęczona. Przez całe życie walczyła z czymś, co tkwiło głęboko w jej duszy, przerażało i fascynowało jednocześnie. Sny. Ostrzeżenia, które ze sobą niosły. Czasami dotyczyły zupełnie błahych spraw, rzadziej niezwykle poważnych. Nigdy jej nie zwiodły, nigdy nie skłamały. Były niczym najwierniejszy kochanek, którego jednocześnie się nienawidzi i darzy uczuciem.

Koszmar z ostatniej nocy był inny. Tym razem dawało się dostrzec pewne różnice pomiędzy jawą, a snem. W jednym szukała telefonu, w drugim pierścionka. Lecz przeznaczenie pragnie powrócić na drogę z której je zepchnięto. Aparat z premedytacją zostawiła w torebce. Więc wymyśliło inny sposób, aby znalazła się w określonym czasie i miejscu. Zdołała mu umknąć, lecz na jak długo?

– Jeszcze tu stoisz?

Nie spojrzała na niego. Skinęła jedynie głową, nie troszcząc się o to, czy dostrzeże ten gest czy nie.

– Podwieźć cię?

Tego się nie spodziewała. Propozycja była wypowiedziana suchym, wypranym z wszelkich emocji tonem, ale postanowiła z niej skorzystać. Chciała się w końcu przebrać, zjeść coś, położyć we własnym łóżku.

– Tak.

Wtedy zrobił coś, co jeszcze bardziej ją zaskoczyło, wyrwało z odrętwienia. Zarzucił na jej ramiona własną kurtkę, potem objął i pociągnął za sobą, prosto w strugi padającego deszczu. Po chwili znaleźli się w zacisznym wnętrzu samochodu. Dopiero wtedy na niego spojrzała.

Kropelki wody osiadły na czarnych włosach i twarzy, przemoczyły koszulę. Były też na przedramionach, bo miał podwinięte rękawy, na dłoniach o smukłych palcach, na ustach, które właśnie oblizał, jakby chciał się przekonać, czym smakuje deszcz. Pomyślała, że mogłaby scałować te kropelki z jego policzków, a zaraz potem zawstydziła się. Pewnie od razu wywaliłby ją z hukiem, określając mało wybrednym epitetem. Nie wyglądał na mężczyznę, który bawiłby się w delikatności, jeśli chodzi o takie rzeczy. Poza tym tak naprawdę nie miała na to odwagi.

Spojrzał na nią, momentalnie pochmurniejąc.

– Nie powinienem… – mruknął po hiszpańsku. Pewnie sądził, że nie zrozumie, ale ona miała wyjątkowy dar do języków. Co prawda daleko było jej do biegłości, ale radziła sobie całkiem nieźle, chociaż wolała to zachować w tajemnicy.

Odpalił. Samochód ruszył do przodu z cichym pomrukiem silnika. Wycieraczki miarowo zgarniały wodę. Prowadził pewnie i ze spokojem, który pasował do jego postawy, ale nie współgrał z żarem bijącym z ciemnych oczu. Laura siedziała sztywno, otulona kurtką i obcym zapachem, zmęczona, znużona. Głowa kiwała jej się na boki, pojawiały się dziwne, obce myśli. Dotyczące siedzącego obok mężczyzny, mordercy o dziwnych oczach, jej samej i całego świata. Miała wrażenie, że ten ostatni zniknął. Pozostali tylko oni, dwoje ludzi mknących poprzez opustoszałe ulice. Uśmiechnęła się, przymknęła powieki i oparła rozgrzane czoło o chłodną szybę. Straciła poczucie rzeczywistości, pogrążając się w czymś w rodzaju letargu. Nie zasnęła, ale nie była też do końca przytomna. Nie poczuła nawet, że się zatrzymali.

Drzwi po jej stronie otworzyły się, silne dłonie odpięły pas, pomogły wydostać się na zewnątrz, utrzymać w pionie. Dopiero wtedy odrobinę się ocknęła, otwierając oczy.

– Jestem zmęczona – wyszeptała. – Przepraszam…

Pochylił się lekko, uważnie ją obserwując. Nie był już ani taki zimny, ani niedostępny. W końcu chwycił ją na ręce, kopniakiem zamknął drzwi i skierował się ku wejściu do wysokiego, obskurnego budynku. Nie lubił tej okolicy, zamieszkanej głównie przez imigrantów, a obecnie jeszcze bardziej niebezpiecznej, jeszcze brudniejszej. Bez problemu wniósł na drugie piętro i postawił.

– Klucze – zażądał niecierpliwie. – Masz je w torebce.

– Mam – zgodziła się posłusznie, ale nie wykonała żadnego ruchu. Uniosła tylko twarz, patrząc nieprzytomnym wzrokiem w jego oczy. Uśmiechnęła się. Szczerze, promiennie, odrobinę figlarnie, jakby dzielili wspólnie jakąś tajemnicę. Wtedy uniósł dłoń i delikatnie pogładził zarumieniony i mokry policzek.

– Zadzwonić? Jest późno.

– Zadzwoń – wyszeptała. Dotyk jego ręki wywołał prawdziwą burzę. Burzę w samotnym sercu, burzę w umyśle i tak już ogarniętym chaosem. W zielonych jak wiosenne liście oczach dziewczyny pojawiła się tęsknota. Tęsknota za czymś więcej niż tylko dotykiem. Więc pochylił się i pocałował ją. Subtelnie, bez pośpiechu pieścił jej usta swoimi wargami, poznawał ich kształt, smakował i delektował się nimi. Dziewczyna odruchowo zarzuciła mu ramiona na szyję, przylgnęła całym ciałem do jego ciała, wtuliła się niczym spragnione czułości dziecko. Wtedy dotarło do niego, co zrobił.

– Nie! – Odsunął ją od siebie stanowczo. – Nie – powtórzył już znacznie łagodniej, gdy w jej ogromnych, zaskoczonych oczach pojawiły się łzy. – Powinnaś się przebrać, bo jesteś cała mokra. I przespać.

Nie zdążyła odpowiedzieć, gdy w drzwiach przed którymi stali zachrobotał klucz i na progu ukazała się rozczochrana głowa jednej z lokatorek.

– Laura? Nareszcie! Już myślałam, że wsadzili cię do ciupy – wykrzyknęła radośnie Wiki, wciągając znieruchomiałą koleżankę do środka. – A to kto? Przydzielili ci obstawę? Śliczniutki!

Mężczyzna pożegnał się krótko, by zaraz potem zniknąć z ich oczu.

– Zapomniał kurtki – wyszeptała. W zdumieniu dotknęła swoich ust. Naprawdę ją pocałował? Zadziwiające!

– To był policjant?

– Tak.

– I odwiózł cię pod dom? Może zaproponował kolację?

Z trudem wyrwała się gadatliwej koleżance. Nie umyła się, nie zajrzała do lodówki. Tak jak stała, padła na łóżko i kilka sekund później już spała.

 

KUPUJĘ CAŁY ODCINEK

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Napisz nam też coś :-)