fbpx

Nie to miejsce (I)

with 10 komentarzy

thiller erotyczny
 
Startujemy. W tym tygodniu nowy bezpłatny, ostania część Bimbru i dla zaostrzenia smaku nowa część płatnego. Co w przyszłym tygodniu? Nie mam bladego pojęcia :-)))
 

Powoli zapadał zmrok

Mariel siedziała na plastikowej płachcie, z plecami przyciśniętymi do pnia wysokiej brzozy. Ze wszystkich stron osłaniały ją wysokie zarośla, a nad głową szumiały splecione, zielone gałęzie drzew.

Czekała, trzymając aparat w zdrętwiałych dłoniach.

Już od trzech tygodni błąkała się po tych lasach, fotografując ich mieszkańców. Próbowała zakląć w cyfrowym języku kawałek otaczającego ją świata, zatopić niczym komara w kropli żywicy. Na razie z dość miernym skutkiem, co powoli wprowadzało ją w stan depresyjny.

Czatowała, zakradała się, błądziła po bezdrożach. Fotografowała nie tylko zwierzęta, ale i ludzi, wioski, przez które przechodziła, pełne bujnego kwiecia ogródki i chylące się ku ziemi, porosłe mchem stodoły. Czasami trafił się też niepowtarzalny, pełen purpury i złota zachód słońca. Albo widok tak cudowny, że zapierał dech w piersiach.

Lecz to wszystko stanowiło zaledwie dodatek, bo warunki konkursu, na który chciała zgłosić swoje prace brzmiały jasno. Marzyła o tym, by uchwycić wiewiórkę podczas skoku, pasącego się jelenia czy zwinną sarnę. To mogłoby zagwarantować jej zwycięstwo.

Cholera! – mruknęła posępnie, naciągając na głowę kaptur. Aparat przykryła specjalną płachtą, był bowiem najcenniejszą rzeczą, jaką posiadała. Pomyślała, że dziś chyba nici z dalszego czatowania, ale właśnie wtedy usłyszała narastający warkot. Nie miała ochoty na spotkanie z nikim, kto w taką pogodę błądził po leśnej głuszy. Szybko się spakowała, ale nie zdążyła ewakuować, bowiem tuż obok, za zieloną ścianą gałęzi, rozległo się głośne przekleństwo. Potem słyszała, jak zamykają się drzwi samochodu, słyszała męskie głosy i ciche jęki, pełne bólu.

Bardzo ostrożnie, aby przypadkiem nie zdradzić swej obecności, przysunęła się bliżej i lekko odgarnęła na bok kilka gałęzi, tworząc w ich gąszczu sporą lukę. Nie wszystko przez nią zdołała dojrzeć, ale to co widziała, sprawiło, iż poczuła strach.

Czterech mężczyzn. Trzech stało, jeden leżał na ziemi. To właśnie on jęczał. Zakrwawiony, w poszarpanym ubraniu i z opuchniętą twarzą. Ofiara i oprawcy.

– Tak właśnie kończą zdrajcy! – Chrapliwy, pełen złości głos, jednego z katów.

– Nie zdradziłem…

– Zamknij się! – Kopniak wymierzony z premedytacją w bok ofiary, ciężkim, wojskowym butem. Mariel mimowolnie się skuliła. Musiało potwornie boleć, bo po lesie rozniósł się głośny skowyt.

– Mięczak! – Drugi z oprawców, podszedł bliżej i splunął z pogardą na leżącego mężczyznę. – Który z nas czyni honory?

– Ja. – Trzeci głos. Spokojny, wyprany z emocji. Tym razem dziewczyna zadrżała, bo zdołała też dostrzec twarz. Tylko przez kilka sekund, ale wyryła się ona w jej świadomości, jakby swoją pamięcią niczym aparatem, pstryknęła fotkę.

To była niezwykła, bardzo charakterystyczna twarz. Smagła, szczupła, o wyrazistych rysach z dołeczkiem w brodzie. Nos zwracał uwagę swą krzywizną, oczy, niezwykle jasnym odcieniem, wąskie usta surowością.

Nie trudno było ją zapamiętać.

Lecz kiedy rozległ się szczęk broni, a potem po lesie rozniosło się echo strzałów, z trudem zapanowała nad paniką. Nie drgnęła, jedynie delikatnie puściła gałęzie, pomagając im wrócić na swoje miejsce, podczas gdy drugą rękę zwinęła w pięść i wpakowała sobie do ust, by nie krzyczeć.

Zabił go! Boże! Zabił! A ona była mimowolnym świadkiem tego morderstwa! I co gorsze, widziała twarz zabójcy!

Żeby tylko nie przyszło im do głowy, aby przeszukać okolicę! Boże, błagam!, powtarzała w myślach, podczas gdy mężczyźni dyskutowali co zrobić z ciałem. W końcu doszli do porozumienia i postanowili się go pozbyć, zakopując na miejscu.

Mariel straciła rachubę czasu. Zdrętwiała, bo bała się chociażby drgnąć. Nie potrafiła powiedzieć, jak długo to trwało. Deszcz padał coraz mocniej, w końcu zamienił się w ulewę, a ona siedziała w bezruchu i po twarzy spływały jej łzy. Przerażenia i bólu, bo odrętwiałe ciało odmawiało posłuszeństwa.

W końcu odjechali.

Bardzo długo nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Sycząc, ostrożnie wstała, rozprostowała się, rozmasowała bolące mięśnie.

I zaczęła myśleć.

Co powinna zrobić? Z pewnością udać się do miasteczka, na najbliższy komisariat. Musi tylko postarać się, aby trafić z powrotem w to miejsce. A może lepiej dać spokój i nigdzie tego nie zgłaszać? Nie! Z zimną krwią zamordowali człowieka, musi spotkać ich kara! W miarę gdy zbliżała się do celu, przemoczona, zziębnięta i głodna, dochodziła do wniosku, że pewne rzeczy powinna na razie zachować w tajemnicy.

Jak ich wygląd, jak twarz mordercy, którą zapamiętała.

Tak będzie lepiej, uznała. Tak będzie bezpieczniej, szepnął w jej głowie głos rozsądku. Gdy już przekona się, że nic jej nie grozi, wtedy będzie mogła zdradzić policji znacznie więcej szczegółów.

Na początku nie potraktowano jej poważnie. Ot, nawiedzona baba, błąkająca się po lesie i tworząca niesamowite historie. Dopiero gdy wysłani w teren policjanci, zgłosili odnalezienie ciała, na niewielkim komisariacie zapanował chaos.

– Niech pani się stąd nie rusza! – surowo przykazał jeden z funkcjonariuszy. – Za godzinę zjawi się dwóch detektywów. Będzie musiała pani porozmawiać również z nimi.

Mariel westchnęła. Dobrze że chociaż przynieśli herbatę i kanapki. Znaleźli także coś, w co mogła się przebrać. I chociaż spodnie musiała związać sznurkiem, a sweter był o trzy rozmiary za duży, to i tak poczuła się lepiej.

Czekała, przeglądając zdjęcia. Żałowała, że nie zdołała żadnego zrobić mordercom, ale była tak przerażona, iż bała się oddychać, a co dopiero wyjąć aparat i go użyć. Zamyślona, związała włosy w luźny węzeł na karku i przeciągnęła palcem po ustach. Pomyślała, że przydałby się balsam, po czym tknięta nagłą myślą, wygrzebała coś z torby.

Kiedy delikatnie wmasowywała błyszczyk w usta, drzwi otworzyły się i do środka weszło dwóch nieznajomych. Pudełeczko, które trzymała w ręce, uderzyło o ziemię, rozpadając się na kilka części, lecz Mariel nie zwróciła na to najmniejszej uwagi.

Stała bowiem twarzą w twarz z mordercą, którego widziała w lesie.

– Komisarz Marcin Dębski i podkomisarz Artur Rafalski. – Przedstawił się, jak gdyby nigdy nic, a przecież musiał podejrzewać, że go rozpoznała. Głos miał tak samo suchy, beznamiętny jak wtedy, ale spojrzenie jasnych oczu ostre, przeszywające. Dopiero teraz dostrzegła, jak bardzo jasnych. Prawie przejrzysty błękit, zimny jak lód, bez jakiejkolwiek skazy, w ciemnej oprawie rzęs.

Oczy mordercy.

Który jednocześnie był policjantem.

– Zgłosiła pani morderstwo, którego ponoć była świadkiem? – Wyminął ją, siadając na jednym z krzeseł i wskazując jej inne.

Mariel usiadła, drżąc ze wzburzenia. Na drugiego z mężczyzn, nie zwróciła uwagi. Przerażenie dławiło ją w gardle, panika ściskała niczym żelazna obręcz, nie pozwalając z chaosu myśli, wyłonić żadnej konkretnej.

– Tak jakby.

– Tak jakby? Odnaleźli ciało. Widziała pani, kto to zrobił? – spytał, mierząc ja beznamiętnym spojrzeniem. Lecz jednocześnie miała wrażenie, że ono ostrzegało, aby nie palnęła głupstwa. Było obietnicą zemsty.

– Niezupełnie – wyjąkała. – Krzaki zasłaniały…

– Krzaki? – Zmrużył oczy. – Krzaki?

– W końcu to las – dodała prawie szeptem, wyłamując pod blatem stołu, palce. – Tylko słyszałam.

– Słyszała pani?

– Niedokładnie, bo padał deszcz.

Wyprostował się, krzyżując ramiona na piersi.

– Na chwilę się ulotnię – mruknął jego towarzysz. – Zabezpieczę nas.

– Idź. Daj mi kwadrans.

I w ten sposób Mariel została sam na sam z mordercą, którego zbrodnię godzinę temu sama zgłosiła policji. Miała też niejasne podejrzenie, że ten drugi także brał udział w zabójstwie.

– To co pani widziała? – spytał uprzejmie, lecz to były jedynie pozory. Gdzieś w głębi jego oczu czaiła się śmierć.

– Buty – odparła po namyśle. – Buty. Trochę twarz ofiary, bo leżała na ziemi.

– To był policjant. Detektyw – dodał, nagle szeroko się uśmiechając. – A ty widziałaś więcej, prawda?

– Nie! Przyrzekam! – jęknęła, otulając się ramionami, jakby w obronnym geście. Skąd nagłe wrażenie, że siedzi naprzeciwko drapieżnika, który szykuje się do ataku? – Słyszałam tylko coś o zdrajcy…

Chciał mnie wsypać.

Ale ja nic im nie powiedziałam! – wyszeptała z rozpaczą. – Nic! Przecież wiesz!

Wiem. Lecz wolę jeszcze się upewnić, że nic nie powiesz.

Nie… Nie powiem! – wyjąkała.

Boisz się. Kiedy wszedłem do pokoju, zbladłaś. Widziałaś mnie, prawda?

Tak. – Nie było sensu kłamać. – Widziałam.

Tylko mnie?

Tak. I twarz ofiary.

A jednak w twoich zeznaniach tego nie ma.

Bałam się powiedzieć więcej.

I słusznie. Masz nadal się bać – mruknął. Potem odchylił się do tyłu i przeczesał palcami włosy. Czarne, poprzetykane srebrzystymi nitkami, których jednak nie było tak widać, z racji tego, iż były tak krótko przycięte. Należał do szczupłych, wysokich mężczyzn, ale za nic świecie nie powiedziałaby o nim wątły. Wręcz przeciwnie – patrząc na niego, miało się świadomość siły drzemiącej w tym ciele.

Jesteś fotografem? – wskazał na leżącą z boku torbę.

Amatorką.

Podaj aparat.

Tam nic nie ma! – Mariel potrząsnęła głową. – Bałam się nawet ruszyć palcem, a co dopiero robić wam zdjęcia.

Podaj aparat. To nie była prośba.

Ostrożnie położyła na stole swój największy skarb. Lecz on bynajmniej nie zamierzał mu się przyglądać. Przysunął torbę do siebie, przez chwilę bębnił zamyślony palcami w blat, po czym, gdy do pokoju wszedł jego towarzysz, podał mu ją.

Rekwirujemy – oznajmił krótko.

Lecz tym razem złość zwyciężyła strach.

Nie! – Mariel zerwała się z miejsca, chcąc wyrwać w ich szponów swój skarb. – Nie mam mowy! Oddaj!

Teraz reszta ciuchów. I plecak. Raz dwa paniusiu, bo nie mamy za dużo czasu.

Oddaj aparat! – powtórzyła z uporem. – Nie pozwolę wam go zabrać!

Nie pytamy o pozwolenie.

W tym momencie do środka wszedł policjant, który przyjmował jej zgłoszenie.

Co za dzień! – powiedział tylko, patrząc nieuważnie na znieruchomiałą dziewczynę. – Po rozmowie z panami, jest pani wolna.

Odwieziemy ją do domu – zapewnił komisarz. – Całą i zdrową – dodał nieco złośliwym tonem.

Pójdę sama.

Strasznie leje. Lepiej niech pani skorzysta – policjant porozumiewawczo się uśmiechnął i już go nie było.

Dobra panienko, zbieraj się, jedziemy.

Wolę…

Już! – syknął nieoczekiwanie ostrym tonem. – Bez dyskusji! Masz moje słowo, że odwieziemy cię do tego cholernego domu.

Szczerze mówiąc, to nie wierzyła w słowo mordercy. Już chciała zaprotestować, wybiec na korytarz, krzycząc o pomoc, gdy mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Ten drugi, dotąd w miarę bierny, wyjął coś z kieszeni, po czym ruszył w stronę zdezorientowanej Mariel. Był szybki i o wiele silniejszy. Poczuła dziwny zapach i…

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. L
    Lit
    | Odpowiedz

    Świetne..
    Nie mogłam się doczekać tego tekstu od przeczytania zapowiedzi, fantastyczny pomysł na opowiadanie.
    I do tego ta okładka.. ach.

  2. J
    Julcia552
    | Odpowiedz

    Chcę więcej 😍

  3. M
    Meska
    | Odpowiedz

    Ja proponuję Nie umiem stąpac w najblizszym czasie

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      W całości poszło do poprawy, bo mi się fabuła zaczęła rozjeżdżać 🙂

  4. A
    AR
    | Odpowiedz

    Dłużyj, wincyj, sensacyjniej 😀 poproszę

  5. A
    Aricca
    | Odpowiedz

    Oooochhhh ,emocje od pierwszej chwili ❤️

  6. M
    Magda M. - strona autorska
    | Odpowiedz

    Na wattpadzie jest, że książka zakończona. Gdzie można przeczytać całość? 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Pójdzie drukiem, dopiero wtedy 🙂

  7. D
    Daria
    | Odpowiedz

    Kiedy można się spodziewać całości?

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Po zakończeniu Nie ten mężczyzna 🙂

Napisz nam też coś :-)