Wyklęty (XIV)

with 9 komentarzy

Rozdział 22

– Nuki! – cicho gwizdnęła, opatulając się połami płaszcza. Wilk czujnie uniósł łeb. Jego czerwone oczy jarzyły się niezwykłym blaskiem, lśniąc niczym dwa, krwiste rubiny.

– Zatrzymajmy się tutaj. – El zaskoczyła z konia, czujnie rozglądając się dookoła. Zbędna ostrożność, bo zwierzę wyczułoby czyjąś obecność znacznie lepiej niż ona.

W roztargnieniu rozejrzała się dookoła. Było jej zimno i dokuczał głód, zarówno fizyczny, który mogła zaspokoić, jak i duchowy, pragnienie odzyskanie tego, co jej odebrano.

Tak, właśnie tak to widziała. Przez te wszystkie dni miała sporo czasu na przemyślenia, na poukładanie sobie faktów.

Azack i Rothar byli braćmi. Nie wnikając w ich wzajemne stosunki w przeszłości, była pewna, że musieli żywić względem siebie jakieś cieplejsze uczucia. Inaczej Azack nie darowałby bratu życia. Nie miała też pojęcia, czy przez te cztery dekady, jakie upłynęły od wielkiej wojny, kontaktowali się z sobą. Raczej wszystko wskazywało na to, że nie. Nawet łączność telepatyczna nie wchodziła w rachubę, bo obu ich naraziłoby to na niebezpieczeństwo. Miała też wrażenie, że Rothar czasami żałował swej decyzji. Lecz dopóki czarnoksiężnik nie opuszczał gór, trzymając się zawartej umowy, tak, bo to była swego rodzaju umowa, Mistrz nie miał powodów, aby zacząć go ścigać.

Tymczasem gdzieś w głębi śnieżnych szczytów pojawiło się coś, co zmusiło Azacka do szukania pomocy. Tak, to było dziwne, że sługa zła uciekał przed złem. Chciał jednak przekazać ostrzeżenie, czego nie mógł zrobić telepatycznie, bo taki kontakt pozostawiłby ślad, który łatwo mógłby zostać wykorzystany przez jego wrogów. Tym bardziej nie wchodziła w grę osobista rozmowa. Postanowił więc z dala od głównych szlaków znaleźć jakiegoś maga, który mógłby przekazać wiadomość. Niezbyt uzdolnionego maga, aby ten nie miał wystarczających sił, by wezwać telepatycznie posiłki.

Wtedy natknął się na nią.

Zamyśliła się, wyciągając zziębnięte dłonie w stronę ogniska.

Dlaczego akurat Azack, dlaczego na niego ta moc miała taką chrapkę? Czy właśnie dlatego, że złu łatwiej przyciągnąć zło? Czy to był jedyny powód?

El westchnęła, opierając się o kamienną ścianę za plecami. Ten nieznany mrok doskonale się maskował, potrafił też znakomicie zatrzeć za sobą ślady. Minął prawie miesiąc, a ona mogła tylko krążyć po okolicy i czekać.

Przeżuwała kawałek podróżnego chleba, gdy znów ją zemdliło. W pośpiechu napiła się wody, głęboko odetchnęła i pozbyła się nieprzyjemnego uścisku w żołądku. Odrobinę go rozmasowała, a później spojrzała w rozgwieżdżone niebo.

Było tak cicho i tak spokojnie, więc skąd ten nagły niepokój? Przypomniała sobie ostatni kontakt z Rotharem. Mistrz namawiał ją do powrotu, ale odmówiła. Miała siedzieć w ciepłej komnacie czekając na… No właśnie, na co miała czekać? Nie pochwalał jej wyboru, ale obiecał pomóc, jeśli go wezwie. To wystarczyło, bo nie miał w zwyczaju łamać danego słowa.

W końcu zasnęła. Snem niespokojnym, pełnym majaków i tęsknoty. A kiedy się obudziła, już świtało. Nieufnie spojrzała na całkowicie bezchmurne niebo. Złocisty blask słońca wydobył z tej surowej okolicy to, co najpiękniejsze i nie mogła po prostu potraktować tego z obojętnością. Przez chwilę napawała się niepowtarzalnym widokiem, potem z westchnieniem zaczęła przygotowywać się do drogi.

Okazało się, że blask słońca i biel śniegu to niekoniecznie szczęśliwe połączenie. Bardzo szybko rozbolały ją oczy. Na szczęście niebo znów zasnuło się chmurami i El odetchnęła. Inaczej musiałaby skorzystać ze swojej mocy, a tego wolała uniknąć. Należało oszczędzać siły przed konfrontacją z nieznanym, chociaż tak naprawdę miała wrażenie, że wcale nie ubywa jej magicznej energii. Wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że rośnie.

Moc była niczym góra narysowana na kartce papieru. Pięła się, aby w końcu osiągnąć szczyt, lecz energia, która przepełniała El wydawała się nie mieć końca. Wciąż podążała wyżej i wyżej. To jednocześnie ją przerażało i fascynowało, bo nie znała podobnego przypadku. Czy powodem była znajomość z Azackiem? Nie, to nie miało sensu.

Wykuta w skale droga ponownie zaprowadziła ją na szczyt kolejnego wzgórza. Potem zeszła w dół, a skalny trakt biegł wzdłuż sporego wzniesienia. Zaczął padać śnieg. Ogromne, wirujące płatki, opadały na ziemię, lecz nie było ich wiele. Tak, jakby ktoś od niechcenia rzucał z góry garść, potem na moment o tym zapominał, aby w końcu ocknąć się i rzucić kolejną.

Znalazła się na czymś w rodzaju płaskowyżu. Wiedziała, była pewna, że już jest blisko Krainy Dolin i jakiejś wioski. Właśnie dlatego Nuki zaczął zachowywać się niespokojnie, kręcąc się dookoła i popiskując.

– Spokojnie, nikt nie zrobi ci krzywdy – powiedziała, chociaż tam gdzie pojawiał się wilk zawsze wybuchała panika. Żadne normalne zwierzę nie miało czerwonych oczu.

Zeskoczyła z konia, aby rozprostować nogi. Poza tym znów ją mdliło.

– Chyba się czymś strułam – mruknęła, wyciągając z juków niewielką saszetkę. Włożyła do ust kilka ususzonych liści i zaczęła je żuć, uważnie rozglądając się dookoła. Później sprawdziła mapę, a kiedy mdłości odpuściły, wsiadła na konia i bez pośpiechu skierowała się na zachód.

Dobrze oszacowała odległość, chociaż akurat zejście w doliny w tym miejscu należało do wyjątkowo stromych. Zmierzchało, gdy znalazła się na szerokim trakcie, wiodącym do pobliskiego miasteczka. Tutaj nie było śniegu, chociaż panował równie siarczysty mróz, co w górach. Jechała, zdumiona, że ta okolica należy do tak spokojnych i odludnych. Prócz niej nie było nikogo na drodze.

Gwałtownym ruchem ściągnęła wodze.

Widziała już zarysy pierwszych budynków, lecz nigdzie nie dostrzegła unoszących się nad kominami dymów. Zimną, gdy prawie robiło się ciemno?

– Nuki – wyszeptała, a później spojrzała na wilka.

Stał nieruchomo, ze wzniesionym łbem i zjeżoną sierścią. Nagle rozwarł pysk i zaczął głucho warczeć. Był w tym coś przerażającego, przeciągły, jednostajny dźwięk o narastającym natężeniu.

– Jest źle, prawda? – Po raz pierwszy pożałowała, że nie potrafi się z nim porozumiewać. Chociaż spojrzenie, jakim ją obdarzył świadczyło, że przyznaje rację.

– Czy to Azack?

Kolejne głuche warknięcie, lecz nie miała pojęcia, czy chciał nim potwierdzić czy zaprzeczyć.

W pośpiechu splotła ochronny czar, niezbyt mocny, ale wystarczający przeciwko zwyczajnym ludziom, później zaskoczyła z konia i ruszyła naprzód, wyjmując miecz z pochwy. Wilk wyprzedził ją, chociaż zbytnio się nie oddalił.

Czyżby to miasteczko opustoszało w przeciągu ostatniego tygodnia? Była tutaj podczas poprzedniej pełni, ale nikt nie zamierzał uciekać. Nawet nikt zbytnio nie wierzył w wojnę, chociaż wciąż żywa była pamięci o Widmowej Armii. Teraz jednak panowała tutaj martwa cisza, a ani jeden złocisty promyk nie rozświetlał wnętrza chat. Przy bramie nie drzemali strażnicy, nie paliły się pochodnie.

Była coraz bliżej i wtedy promień zachodzącego słońca padł na kałużę pełną krwi.

El zamarła w bezruchu.

Teraz to dostrzegła. Krew, wszędzie krew, ale żadnych ciał, żadnych trupów. Krew niczym barwne wstążki rozrzucone bezwładnie pomiędzy opuszczonymi domami. Kilka budynków spalono, przedmioty codziennego użytku poniewierały się po wyboistym bruku, a pootwierane drzwi smętnie zwisały na oberwanych zawiasach.

Wyglądało to jak pole wyjątkowo brutalnej bitwy, chociaż nie dostrzegła ofiar. Pochowano ich? Niemożliwe. Grunt był zbyt zmarznięty, nie dano by rady wykopać tak wielu dołów. Spalono? Nigdzie nie dostrzegła śladów większego ogniska.

W takim razie co tutaj się stało?

W końcu dostrzegła ślady dziesiątek stóp. Krwawe odciski na najgładszym trakcie prowadzącym prosto do chaty lokalnego możnowładcy. Dziesiątki stóp wyznaczających chaotyczne szlaki uciekającego w panice tłumu.

Kurczowo zacisnęła palce wokół rękojeści miecza. Umiała walczyć i to całkiem nieźle, lecz miała nieprzyjemne wrażenie, że tutaj broń niewiele pomoże. Szła za śladami, poprzez zrujnowany dom, aż poza mury miasta, na rozciągająca się dalej równinę. Podążała tropem krwi, której było coraz mniej, aż w ostatnich promieniach zachodzącego słońca dostrzegła coś dziwnego. W pierwszej chwili pomyślała, że to uciekający mieszkańcy, ale zaraz potem zadygotała.

Tak, z daleka wyglądali jak ludzie, lecz El miała niezachwianą pewność, że ludźmi już nie byli. Poruszali się w całkowitej ciszy, nie słychać było żadnego ludzkiego głosu, jedynie chrzęst piasku pod podeszwami butów i szelest ubrań. Głowy mieli pochylone, ramiona zwisały bezwładnie, stopy szurały po ziemi. U niektórych dostrzegła paskudne, otwarte rany, u innych tylko krew pokrywającą całą sylwetkę. Ramię w ramię szli starzy, młodzi, kobiety, dzieci i mężczyźni, szlachcice oraz żebracy. Parli naprzód nie oglądając się za siebie, jakby nie pozostawili nic cennego. I chociaż powinien przerazić ją ich wygląd czy zachowanie, było jeszcze coś innego, coś o wiele gorszego.

– Odbierz rozum, człowiek oszaleje, odbierz życie, człowiek umrze – wyszeptała cytat ze starej, bardzo starej książki. – Odbierz duszę, człowiek stanie się potworem.

Tym tutaj odebrano wszystko. Rozum, duszę i życie. Mimo to poruszali się, szli naprzód, milcząca armia żywych trupów. I nagle zrozumiała słowa Azacka, że grozi im wojna, jakiej ten świat nie widział. Bo jak zabić kogoś, kto już nie żyje? To było znacznie gorsze niż żołnierze Widmowej Armii, znacznie gorsze od nocnych koszmarów. El zwinęła dłoń w pięść i wpakowała sobie do ust, aby nie krzyczeć.

Skąd on wiedział? Skąd do cholery wiedział?

A jeśli… Jeśli Azack nie był jedynie marionetką? Jeśli zawarł pakt z Oteną?

Jeśli ją oszukał?

Przypomniała sobie silne dłonie o szorstkiej skórze, które tak delikatnie obejmowały jej twarz. Czułe słowa, uśmiech na jego ustach, lekko ironiczny, nieco poważny, oczy zdradzające więcej niż słowa…

Nie, to niemożliwe!

Rozpłakała się. Łzy toczyły się w ciszy po zimnych policzkach, zatrzymywały na krawędzi podbródka, aby stamtąd poszybować dalej w dół. Moczyły spierzchnięte usta. Zamazywały koszmarny widok, jaki roztaczał się przed jej oczyma.

Na skraju opustoszałego miasta stała samotna kobieta. Nie czarodziejka, ale kobieta, której nagle złamano serce. Miłość, w którą tak wierzyła, zamieniła się w złudzenie, w głowie wirowało tysiące pytań, a nad wszystko wybijały się słowa Rothara.

To już nie jest człowiek, El. Potrafi znakomicie go udawać, ale nie ma w sobie nic ludzkiego.

Czyli Mistrz miał rację?

Nie, niemożliwe! Więc dlaczego Azack nie wziął jej ze sobą? Dlaczego wtedy zareagował z takim gniewem, gdy powiedziała mu, że straciła swoją moc? I to nie był gniew skierowany przeciwko niej. Dlaczego nie zabił, gdy zrozumiał, że nie da rady wykorzystać?

Na te pytania mógł odpowiedzieć jedynie on sam.

Cicho gwizdnęła, przywołując wilka. Zdjęła siodło z konia i puściła go wolno. Zwierzęta słabo znosiły zaklęcie teleportacji. Nuki to co innego, on nie do końca był takim, na jakiego wyglądał. Położyła dłoń na kudłatym łbie i bez problemu utkała dobrze znany sobie czar.

Tym razem to było bardzo nieprzyjemne uczucie, chociaż wcale nie z powodu odpływu mocy. Zakręciło jej się w głowie, żołądek zwinął się w supełek i nagle poczuła, jak traci panowanie nad własnym ciałem. Upadłaby, gdyby nie podtrzymały jej silne dłonie.

– El!

Uśmiechnęła się, nie otwierając oczu. Mimo wszystko byli tak bardzo do siebie podobni. Przez ułamek wieczności, miała wrażenie, że to głos Azacka, że to on trzyma ją w ramionach.

– Mdli mnie – poskarżyła się.

– Musiałaś źle zastosować zaklęcie.

– Spieszyłam się, pominęłam kilka szczegółów.

– I to był błąd. Cud, że nic ci się nie stało.

– Daj mi wody i zwołaj Radę. – W końcu uchyliła powieki i patrzyła teraz w zaniepokojoną twarz Rothara. – Miał rację. Nadciąga armia, jakiej ten świat jeszcze nie widział.

– Wid…

– Nie, Rotharze, coś gorszego. Armia umarłych. Każdy, kto stanie na ich drodze, po chwili do nich dołącza. Zamienia się w kolejnego żołnierza, kolejnego potwora. Musimy dowiedzieć się, jaki ich zatrzymać. Ogniem, magią, mieczem. Czymkolwiek, byle skutecznie.

– Zwołam Radę – wyszeptał, blednąc. – Widziałaś ich?

– Tak.

– Azack?

– Jego nie, ale to nie był bezmyślny tłum. Ktoś nimi steruje, a sam twierdziłeś, że Otena potrzebuje pośrednika. Idź, ja się ogarnę i do was dołączę.

Wróciła do swojej komnaty i poprosiła o kąpiel oraz miętową herbatę, bo nadal miała mdłości. Gorąca woda zadziałała lepiej niż magia, a aromatyczny napar uspokoił żołądek. El leżała w drewnianej balii, próbując opanować ogarniającą ją senność. Nieopodal służka położyła świeże ubrania i El bezmyślnie wpatrywała się w białą lnianą koszulę, ciemne spodnie i skórzany kaftan. Obok leżała bielizna i nagle nawiedziła ją nieoczekiwana myśl.

Dni kobiece. Zawsze miała je bardzo regularnie, tuż po nowiu, a teraz… Policzyła w głowie, prychnęła z niedowierzaniem i znów zaczęła liczyć. Dwa, pięć, siedem, dziesięć. Za chwilę kolejny nów i nic. Mdłości, osłabienie, senność, bogowie! Czy to prawda? Mogła być w ciąży?

Bezrefleksyjnie rzuciła zaklęcie więzów krwi i… Udało się! Udało się, chociaż Azack do którego dotarła wydawał się być zupełnie kimś innym. Otaczająca go aura nieznanej mocy, po raz kolejny wywołała mdłości, ale El szybko się opanowała. Wyszła z balii, owinęła się czystym płótnem i podeszła do okna.

Niespokojna, przerażona i jednocześnie zachwycona.

Zrobiła to tylko dlatego, że nosiła w sobie cząstkę mężczyzny, którego kochała.

Miała ochotę krzyczeć z radości, ale stłumiła euforię. Nikt nie mógł się dowiedzieć, zwłaszcza Mistrz. Zrozumiał także, dlaczego jej zapas mocy wydawał się rosnąć. Nie miała tylko pojęcia, czy ta istota z mroku, która go uwięziła, wiedziała o tym, czy nie, lecz tak naprawdę nie miało to znaczenia.

Zamknęła oczy i skupiła się, próbując dotrzeć do tego nowego życia, które w niej rosło. Wyobraziła sobie, że unosi się nad zamkiem, patrzy z góry na krzątających się ludzi. Dostrzegła światło z wielu komnat, które zajmowali magowie. Błękit splatał się z zielenią, złoto ze srebrem. Jednak gdy spojrzała na wschód, nad horyzontem dostrzegła krwistą łunę. Stamtąd nadciągało niebezpieczeństwo. Tam gdzieś był Azack. Wiedziała, że nie rzuci ponownie zaklęcia więzów krwi, w tej sytuacji było to dla niej zbyt niebezpieczne.

Wzdrygnęła się i znów spojrzała w dół. Odszukała okna własnej komnaty, dostrzegła srebrzystą łunę mocniejszą niż gdzie indziej, która stopniowo przechodziła w nasycony fiolet.

Oczy El rozszerzyły się ze zdumienia. Dziecko władające mocą niespotykaną w tym świecie. To dlatego miała wrażenie, że nie ubywa jej energii, to dlatego tak wyczerpujące zaklęcie teleportacji nie miało na nią najmniejszego wpływu.

– Bogowie! – wyszeptała. – Dziękuję, stukrotnie dziękuję!

Zdawała sobie sprawę, że ta moc jest jeszcze młoda, niedojrzała, rozumiała, jak w wielkim niebezpieczeństwie znajduje się i ona, i dziecko, ale nie potrafiła opanować łez wzruszenia.

Tym razem nie wystąpiła przed Radą jako uczennica, ale jako czarodziejka, która włada mocą równą niewielu z nich. Nawet Vadar nie protestował, chociaż wciąż patrzył na nią ze skrzywioną miną. Opowiedziała, czego była świadkiem, wspomniała o swoich podejrzeniach, co do charakteru armii z koszmarów, lecz ani słowem nie zdradziła swoich przemyśleń na temat Azacka czy wiadomości o dziecku. Kiedy zapadła cisza, do komnaty, w której wszyscy się zgromadzili, energicznym krokiem wszedł kapitan gwardii.

– Od wschodu zbliża się – odetchnął – coś. Nie mamy pojęcia, czym są, ale padło już jedno z większych miasteczek w pobliżu bagien Lotharu oraz trzy mniejsze wioski. Wysłaliśmy kilka oddziałów, ale nie wiemy, co się z nimi stało, bo żaden z naszych posłańców nie wrócił.

– Wyglądają jak ludzie, prawda? – zapytała El. – Chociaż nimi nie są.

– Kilku z pewnością jest. Siedzą na koniach i prowadzą tę armię.

– Kilku? – zaskoczona uniosła brwi. Reszta magów również niespokojnie się poruszyła. – Czyli Otena zdobyła władzę nie tylko nad Azackiem. Cóż, chyba na mnie czas – uśmiechnęła się ze smutkiem.

– El, nawet o tym nie myśl! – Rothar zacisnął palce na przegubie jej dłoni, zatrzymując ją w miejscu.

– Cały czas myślę tylko o tym.

– To już nie jest człowiek, którego znaliśmy. Ani mój brat, ani twój ukochany.

Pierwszy raz tak otwarcie Rothar przyznał się do pokrewieństwa z Wyklętym. Pokiwała głową, bo nie zamierzała ustąpić. W zamian za to zapytała:

– Jaki był kolor magii Azacka?

Mistrz pobladł, wielu z członków rady również.

– To był fiolet, prawda? Dlatego udało mu się sprowadzić Widmową Armię, dlatego był tak łakomym kąskiem dla Oteny. I dlatego wciąż żył, skazany na wygnanie, chociaż powinien był umrzeć jako pierwszy. Ciężko jest zabić kogoś, kto włada taką mocą.

Legendy opowiadały piękną historię o zwycięstwie dobra nad złem. Nigdy nie wspominały, że ten mrok kiedyś był światłością. Nie było w nich niczego o braterskiej miłości, o ludziach, którzy dokonali pewnych wyborów, o największym czarodzieju tego świata, który postanowił przejść na stronę ciemności, bo zbyt kusiła go zakazana wiedza. Fiolet zawsze przeplatał się z czernią i oprzeć się temu było niezwykle ciężko.

Wtedy Azackowi się nie udało.

Teraz miał ją.

Komentarze

  1. A
    Ania
    | Odpowiedz

    No no no, kto by pomyślał. Ślub i dziecko. Ciekawe jak będzie dalej. Mam nadzieję, że im się uda.😊😊

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Już więcej Azacka nie będę zabijać, słowo!

  2. Rebel Girl
    | Odpowiedz

    Wow, fajny motyw z tym połączeniem dobra i zła! No i coś czułam, że będzie dziecko 😉 Czy to koniec?

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Nie, ale to początek końca 😉 Jeszcze dwie części są na tapecie 🙂

  3. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    No proszę, jakaż spryciula z naszej El. Rozprawiła się z wredną babą raz-dwa. Oczywiście, nie sama, ale trzeba przyznać, że łebska z niej dziewczyna. Jak się Rothar o wszystkim dowie i uświadomi sobie, że chciał czarodziejkę o takiej mocy zaprząc w małżeński i domowy kieracik, to w ramach pokuty i rekompensaty powinien przekonać Radę, że Azack zasługuje na drugą szansę. Zresztą, co mu zrobią, skoro ma już nie jedną, ale dwie obrończynie? He, he, „Mało mi było jednej baby czarodziejki (…) To do kompletu dostanę drugą.” 🙂 Bardzo lubię motyw współistnienia dobra i zła – nie ma nieba bez piekła, nie ma piekła bez nieba – to zapewnia światu równowagę. A od czasu do czasu pojawia się zło takiego kalibru, że tylko połączenie światła i mroku może się z nim rozprawić. Pani Kossakowska nader trafnie to zło nazwała: Antykreator. Podoba mi się poczucie humoru naszych bohaterów i takie zdrowe, z przymrużeniem oka, bez napinki, podejście do życia wyznawane przez El. „Chodź wielki władco ciemności. Pomogę ci dokuśtykać.” Zło pokonane, trzeba się wykąpać, a nie gadać o ważnych rzeczach, które mogą przecież poczekać, prawda?
    Pozwolę sobie wytknąć fakt, że nieprzytomny czarnoksiężnik patrzył na El, i to z niedowierzaniem, a po chwili zemdlał:) I literóweczki – wredne bestyjki: „…bo stopił się on w jedno z (ze) światłem.”; „…dotykając placem (palcem) tkaniny.”; „…nie posłużyła się swa (swą) mocą…”; „…jakieś zwierze (zwierzę) do pułapki.”; „Masz moc, której tej (ten) świat…”, „…jak to jest trzymać (brakuje „się”) tylko jasnej strony mocy…”
    No właśnie, czy to koniec? Czy też dowiemy się jak Rothar i Rada przywitali przyszłych Państwa… hmmm… jak Azack ma na nazwisko? 🙂 Rothar na pewno (na pewno) będzie przeszczęśliwy, gdy się dowie, że zostanie wujkiem. He, he, jak sobie uświadomi, że córka będzie połączeniem genów dwóch tak wybitnych charakterków, to gotów ze stanowiska zrezygnować:)
    Świetne opowiadanie.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Jeszcze dwie części będą, trzeba co nieco wyjaśnić 😉 braciszków skonfrontować, aby mogli paść sobie w ramiona 😉
      Dziękuję za wskazanie błędów, przyznam szczerze, że pomimo kilkukrotnego sprawdzania tekstu, za nic bym ich nie zauważyła 🙂 Musiałby Wyklęty „poleżakować” z pół roku, albo może i dłużej, a na to nie ma czasu, bo mamy tu wersję „ekspres” ;-)))

      PS. Nazwisko? Kurczę, o tym jakoś nie pomyślałam. Jak mógłby się nazywać taki groźny czarnoksiężnik? Przecież nie Kowalski :-)))

      • Jo Winchester
        |

        Azack I Groźny 😈

      • T
        Tony Porter
        |

        A to się cieszę ogromnie, że to jeszcze nie koniec, bo raz, że baaaardzo bym chciała poczytać o braterskich uściskach ( mocno lubię motyw męskich przyjaźni, braterskich miłości, lojalności szeroko pojętej), a dwa, że zdaje mi się, że zrobisz nawiązanie do ciągu dalszego – Nuki przemknie chyłkiem:)
        Żeby nie wiem ile razy tekst czytać, to i tak się czegoś nie wyłapie – jakaś pierdoła zawsze potrafi się dobrze ukryć.
        Azack Kowalski nie brzmi zbyt dobrze:) Chyba lepiej pozostać przy imionach. Zatem, Państwo El i Azack…:)

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Tony, dzięki. Poprawki naniesiono 🙂

Leave a Reply