“Z życia prowincji” opowiadanie

with 11 komentarzy
Zgadnijcie, co było inspiracją dla poniższego dzieła? Dziś  bez erotyki, romantyzmu i zmagań damsko-męskich…
          Z życia prowincji
I tak oto stałem naprzeciw krwawej bestii, która choć
syta, o czym świadczyło chociażby głośne beknięcie, zamierzała skonsumować mnie
na deser lub też przez zwykłą złośliwość. Jej ślepia jarzyły się iście
piekielnym blaskiem, długie wampirze kły błyszczały złowrogo, a ja mimo woli
przypomniałem sobie wszystko, co doprowadziło mnie do tego miejsca i stało się
przyczyną tak nieciekawej sytuacji.
Można powiedzieć, że moje życie nastolatka było
przeciętnie szczęśliwe, aż do momentu rozwodu rodziców. Ojciec po dziesięciu
latach małżeństwa doszedł do wniosku, że tak naprawdę jest homoseksualistą.
Zresztą było to tuż po tym, jak moja matka wystąpiła w pewnym kasowym hicie
filmowym, więc wcale mu się nie dziwię. Który normalny mężczyzna wytrzymałby z
podstarzałą kurtyzaną o wątpliwej urodzie? Po rozwodzie przeprowadził się do
słonecznej Transylwanii i zamieszkał w miasteczku o wdzięcznej nazwie Kozie
Dudki. Matka została stewardesą w liniach lotniczych BustyBlonde i poderwała
sobie równie wiekowego jak ona biznesmena, który miał wszakże jedną niewątpliwą
zaletę – pieniądze. Potem oboje polecieli w kosmos na objazdową imprezę typu:
szybko i dużo.

Dostawałem więc video pocztówki z rozmaitych zakątków
naszej galaktyki, a gdy skończyły się wakacje, przeprowadziłem się do ojca.
Transylwania jako taka słoneczna była zaledwie przez
kilka dni w roku, pozostały czas strasząc kłębiącymi się szaroburymi chmurami i
porywistymi wiatrami. Tatko kupił mi miejscową wersję luksusowego auta – czyli
wóz zaprzężony w dwa muły. Przy czym jeden z nich, jak okazało się później, był
mulicą. Zaznaczyłem, że luksusową, bo bryka miała alufelgi i daszek
zabezpieczający na wypadek deszczu. Ponieważ jednak darowanemu koniomułowi nie
patrzy się w zęby, zajechałem nim dumnie na podwórze miejscowej szkoły, do
której odtąd miałem uczęszczać przez okrąglutki rok. Muły obwieściły moje
przybycie głośnym rykiem, który słyszany był chyba w całym kraju. Na powitanie
wybiegli wszyscy uczniowie, od usmarkanych siedmiolatków, po zrobione na wampa
osiemnastki. Trzeba przyznać, że było na co popatrzeć. Ponieważ jednak nigdy
nie grzeszyłem jakąś wyjątkową urodą, szalenie zdumiały mnie rzucane w moim
kierunku powłóczyste spojrzenia i zalotne uśmiechy.  Nic dziwnego – byłem niskim, bladym i
pryszczatym chłopaczkiem, o wypłowiałych niebieskich oczętach. Niektórzy
twierdzili nawet, że lekko wyłupiastych. Moje mięśnie były w stanie całkowitej
regresji, a bujny zarost reprezentowało kilka rzadkich kłaczków na brodzie i w
okolicach górnej wargi.
W poprzedniej szkole bynajmniej nie cieszyłem się
jakimkolwiek zainteresowaniem płci, przez wszystkich uznawanej za piękną. Wręcz
przeciwnie – zawsze pozostawałem w głębokim cieniu, choć jak z pewnością mniemam,
inteligencją przewyższałem niejednego umięśnionego osiłka.
Tak więc pierwsze dni w nowej szkole, stały się dla
mnie pasmem upajających sukcesów, zarówno na gruncie towarzyskim jak i
naukowym. Szeptano, że przybyłem z dalekiego świata, nawet jeśli moja rodzinna
wioska zaledwie dwadzieścia duszyczek sobie liczyła, a psy przysłowiowo
szczekały tam drugą stroną. Wszystkie dziewczęta goniły za mną korytarzami
kwicząc z emocji, na stołówce znoszono mi najlepsze przysmaki, a jedna z
adoratorek uratowała mnie nawet spod kół pędzącego powozu hrabiego Draculi III.
Słowem – raj. Dopiero później dowiedziałem się, że panienka była wampirem.
No cóż… Szkoda tylko, że tak się do mnie
przyczepiła niczym pijawka i co wieczór śledziła na randkach, co z czasem stało
się szalenie denerwujące. Zdarzało jej się także znienacka wyskakiwać z
ciemnych krzaków, pokazując kły i płoszyć moje partnerki. Podobno uparła się
zostać moją żoną… W końcu powodowany litością, umówiłem się z bidulką na
jedno spotkanie w karczmie McDraculus, gdzie serwowano na szybko kozie flaczki
po europejsku. Tak była szczęśliwa, że przez kilka dni nie mogła spać, zaś jej
westchnienia z pewnością zebrałyby się w całkiem pokaźny huragan.
Jednak moja chwila wytchnienia nie trwała długo. Gdy
po kilku tygodniach znów zaczęła mnie nachodzić, to co miałem zrobić?
Wampirzyca nie dość, że strasznie nachalna, to jeszcze zupełnie nie była w moim
typie. Kupiłem więc sobie osikowy kołek i w południe wybrałem się na mały
spacer. Znalazłem ją w zacienionym punkcie średniowiecznego cmentarza. Podczas
snu wyglądała tak słodko i niewinnie, że począłem się wahać. W końcu pomyślałem
o dzisiejszym wieczorze z ponętną blondynką i z determinacją wyjąłem zza
pazuchy mój antywampirzy sprzęt z załączoną instrukcją obsługi. Niestety była
po chińsku, tak więc na oko wymierzyłem położenie serca i mocno wbiłem osikowy
kołek.
Nawet nie drgnęła. Tylko takie jakby “puff”
usłyszałem.
W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wróciłem do
domu i pogwizdując zażyłem orzeźwiającej kąpieli w miednicy. Następnie
skropiłem się perfumami Brutal no.5 i wcisnąwszy na głowę mój ulubiony moherowy
beret w kolorze jasnego fioletu, udałem się na upragnioną randkę z seksowną
blondyneczką. Jakież było moje przerażenie, gdy zamiast niej ujrzałem wściekłą
wampirzycę ze sterczącym z piersi osikowym kołkiem. Trzeba przyznać, że
trafiłem bezbłędnie w sam środek jej wątroby…
Tak więc w ten oto sposób znalazłem się naprzeciw
krwawej bestii i wszystkie poprzedzające to wydarzenie fakty, przesunęły się
niczym film, przed moimi oczami. Jednak wbrew wszystkiemu nie wpiła we mnie
swoich straszliwych, ociekających czerwoną posoką kłów. W zamian za to złapała
mnie za kołnierz i zawlekła do urzędu stanu cywilnego.
Kilka miesięcy później urodziło nam się śliczne
wampirzątko o jednym kle. Nie bardzo rozumiem tylko, dlaczego całe jest żółte i
mówi do mnie: mamo?…

Darmowe opowiadania mailem!

Wystarczy zapisać się na listę

I agree to have my personal information transfered to MailChimp ( more information )

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.

Powered by Optin Forms
Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ja też nie rozumiem, czemu całe jest żółte i mówi do niego 'mamo' xD

  2. mika kamaka
    | Odpowiedz

    Ha !
    I jak ja niby mam iść spokojnie spać?!
    Czarownica jedna…

  3. Alexza
    | Odpowiedz

    Boskie:D leżę i kwiczę ze śmiechu – cudowna odmiana 🙂 możesz nam częściej robić takie niespodzianki, Babeczko 😛

  4. Asirra
    | Odpowiedz

    Ani ja xD Ale przyznam, lubię tę tematykę i czekam tylko na jakąś historię z wampirkiem. Nie słodko nie cukierkowo i bez brokatu. Ale krewka i wahanie. To ci wychodzi bezbłędnie. 🙂

  5. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko, nie , to nie to. Wracaj proszę do Burzy, Kary.

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Nie lepiej, zeby pisala to co jej w duszy gra i to co chce? :/
      Karola

  6. Anonimowy
    | Odpowiedz

    hahahahahahahaha, rozbroiłaś mnie Babeczko! Mam nadzieje, ze sama tez odpoczelas i sie posmialas. Pozdrawiam Gorąco :*

  7. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Dooooobre!
    Zdrawim
    Tomek

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Kolejne dobre opowiadanie na jedną beczkę

  9. Mia Laudowicz
    | Odpowiedz

    Daj namiary na McDraculus 😀 dziękuje, Moj syn miał wczoraj operacje, humor miałam podly, udało ci się mi go poprawić 🙂

  10. Babeczka
    | Odpowiedz

    Troszkę o nim zapomniałam, bo to jest tekst wysłany x lat temu do esensji, który pan redaktor zmieszał z błotem, pisząc, że powinnam krowy pasać (dosłownie), a nie brać się za pisanie… Na szczęście w tym samym czasie drugi mój tekst przyjął Fahrenheit i nie musiałam brać się za rogaciznę 😉

Napisz nam też coś :-)