Bywa (I)

with 37 komentarzy
Dla jasności - ten tekst to prezent z okazji pierwszych urodzin mojego bloga. Opublikuję go w trzech częściach, dość długaśnych dodam.
 
Dla przypomnienia, pierwsze opowiadanie "Niekompletni" umieściłam tutaj właśnie 10 czerwca ubiegłego roku. I nie bójcie się, dalej pójdziemy bez zmian, będzie Głupia miłość  i w końcu kolejna część Nie umiem stąpać tak cicho. No i Kara. 
 
 
          
 
 
Obudziła się wczesnym rankiem
z żołądkiem ściśniętym w supełek.
Przez noc problemy nie
zniknęły i wcale nie stały się mniej dokuczliwe. Nadal rozpaczliwie
potrzebowała kasy, nadal czuła się fatalnie.
Jak widać ciąża
zupełnie jej nie służyła.
Rozejrzała się po
pokoju. Ściany w ciepłym, żółtym kolorze, kilka podstawowych mebli, okno i
tania firanka próbująca nadać wnętrzu wrażenie przytulności. Jej dobytek
porzucony w kącie, składający się z podróżnej torby i kartonowego pudła z
butami. Oraz drugiego, z książkami.
Na razie tylko tyle, bo
więcej nie zdołałaby unieść.
Przytuliła się do
poduszki.
Pachniała wiatrem i
świeżością, jak i cała pościel. Wiosna rozszalała się na całego, więc
siostrzyczki pewnie suszyły pranie na dworze.
Wiosna, czas
zakochanych. Jej miłość rozkwitła w dni pełne śniegu i lodu, mroźne dni
stycznia. Po czym zwiędła miesiąc później, gdy dowiedziała się, że jej wybranek
wcale nie miał zamiaru się z nią wiązać. Wykorzystał ją, jak dziesiątki innych
wcześniej. Rozpieszczony smarkacz z bogatej rodziny, który pełnymi garściami
czerpał z życia, zawsze biorąc to, czego chciał. Była więc dla niego przelotną
przygodą, kolejną zdobyczą.
Ale świadomość tego
przyszła zbyt późno.
Małgosia otarła
wierzchem dłoni mokre oczy, a potem delikatnie pogładziła zaokrąglony lekko
brzuszek.
Miała tylko to dziecko.
Matka zmarła bardzo wcześnie, nawet jej nie pamiętała. Ojciec kilka lat później
zapił się na śmierć. Wychowali ją dziadkowie, lecz w końcu i ich straciła.
Mając dwadzieścia cztery lata kończyła zaocznie studia, pomieszkując w małych,
wynajętych pokoikach i pracując w ciągu tygodnia na dwa etaty.  
W samego sylwestra
poznała Nikodema. Była kelnerką na przyjęciu, ale on zwrócił na nią uwagę już
na samym początku. Nie odpuścił, póki nie dała mu swojego numeru telefonu. Ani
później, gdy pełna obaw, umówiła się na pierwszą randkę.
Było cudownie.
Bajecznie. Idealnie. Do momentu, gdy on się znudził, bo znalazł sobie nową
zdobycz. Oznajmił to wyraźnie zniecierpliwionym tonem, po czym po prostu ją
zostawił. Dwa tygodnie później dowiedziała się, że jest w ciąży.
Mdłości i złe
samopoczucie zmusiły ją do rezygnacji z dotychczasowej pracy. Była zatrudniona
na umowę zlecenie, więc nie miała żadnych praw. Myślała o tym z prawdziwą
goryczą. Tak, państwo znakomicie dbało o przyszłe matki, naprawdę znakomicie. A
przecież musiała płacić za pokój, za studia, z których przecież nie mogła
zrezygnować w takim momencie.
W końcu znalazła dach
nad głową w ośrodku dla samotnych matek, który prowadziły zakonnice. Serdeczne,
pełne ciepła kobiety, wysłuchały jej historii i pomogły. Nie obiecywały złotych
gór, a jedynie pomogły. Na samo to wspomnienie, szeroki uśmiech rozjaśnił jej
twarz. Dobrze że na tym podłym świecie bywali jeszcze tacy ludzie. Na pomoc
społeczną nie miała co liczyć. Tam tylko zaproponowano jej oddanie dziecka do
adopcji. Podobno za granicą wiele par długo czekało na taką okazję.
Ale ona nie chciała
oddawać swej kruszynki.
Przekręciła się na
plecach i pomyślała, że pora wstać. Dalej walczyć. Jako kierunek studiów wybrała
dietetykę. Po zakończeniu miała już w planach małą prywatną praktykę i
niewielkie oszczędności na jej otwarcie. Troszkę się to skomplikowało, ale nie
zamierzała rezygnować ze swoich planów.
Odrzuciła pierzynę i
usiadła ziewając. Wstała i podeszła do lustra, z którego spojrzała na nią ta
sama smutna twarz, o zgaszonych oczach. Choć ostatnio coraz więcej było w nich
światła, nadziei.
Cichutko westchnęła. Koleżanka
załatwiła jej pracę w prywatnym domu, miała skomponować posiłki zgodnie z
rygorystyczna dietą. W zasadzie to odstąpiła, twierdząc, że Gosia potrzebuje
teraz każdego grosza. I miała rację. Potrzebowała.
Ubrała się w stare,
wytarte jeansy, które zrobiły się nieco ciasnawe, białą bluzeczkę. Schludnie
uczesała i lekko umalowała. Dyskretnie. Trampki też wyglądały na zniszczone,
trzeba będzie jednak pomyśleć o nowych.
Przez ramię przewiesiła
ogromną torbę i wygrzebała z niej karteczkę z adresem. Peryferie miasta. Nie,
zaraz. To już chyba nawet nie Poznań? Zamyślona, udała się na przystanek, by po
półtorej godziny, znaleźć się na miejscu.
Odetchnęła z ulgą, po
czym ruszyła szeroką ulicą, wzdłuż której stały eleganckie wille. Każda była
inna, każda piękna. Małgosia przyglądała się im z podziwem. W końcu po prawej
pojawił się wysoki, biały mur, zakończony potężną bramą.
To tutaj, pomyślała i z
obawą nacisnęła guzik wideofonu. Jak też Klarze udało się zdobyć takie
zamówienie?
Nie miała czasu na
dalsze rozmyślania, bo coś cicho zabrzęczało i furtka zaczęła się otwierać z
cichym szelestem. Dziewczyna podążyła wąską, kamienną ścieżką, w głąb
posiadłości. Gdy skończyły się drzewa, znalazła się na wprost ogromnego domu z
ciemnej cegły. Miał skośny dach, bardzo awangardowe kształty i całą masę dużych
okien. W zasadzie prawie cały się z nich składał.
Spodobał się jej. Był
niczym połącznie tradycji i nowoczesności, te dwie cechy przeplatały się,
budząc słuszny zachwyt. Dookoła zielony trawnik, gdzieniegdzie kolorowe
skalniki, z boku potrójny garaż i chyba jakiś budynek gospodarczy.
Nieśmiało podeszła do
drzwi, ale te raptownie się otwarły, ukazując niską, pulchną kobiecinę, opasaną
barwnym fartuchem. Miała uśmiech na twarzy, rumiane policzki i całkiem
siwiuteńkie włosy.
Małgosia zamarła z
zachwytu. Wypisz wymaluj bohaterka jej ulubionej książki z dzieciństwa. Do
świata Ani z Zielonego Wzgórza pasowałaby idealnie.
– Wejdź kochanie,
jestem gosposią. Witaj.
Jakby trudno się było
tego domyślić.
– Dzień dobry –
odpowiedziała uśmiechem na uśmiech. – Ja od Klary.
– Wiem, wiem że od
Klarci.
– Zna ją pani?
– Oczywiście
kochanie, prawie od maleńkości – to mówiąc kobieta wciągnęła ją do
przestronnego, chłodnego wnętrza. – Jest siostrzenicą mojej przyjaciółki.
Poleciłam ją, gdy pan Hubert powiedział, że szuka dietetyka.
– Trochę mi
głupio…
– Niepotrzebnie
dziecinko, niepotrzebnie.
Skręciły gdzieś w bok,
przeszły przez ogromny salon i znalazły się w równie wielkiej, przytulnej
kuchni. Ciężkie dębowe meble, nadawały jej dostojny wygląd, mosiężne rondle
połyskiwały w promieniach wpadającego przez szerokie okna słońca. Na parapetach
stały doniczki pełne ziół, na piecu jakaś smakowicie pachnąca potrawa.
Małgosia zajęła miejsce
przy poczerniałym ze starości stole i jeszcze raz się rozejrzała. Naprawdę
podobał się jej ten dom. Tak bardzo, że ciekawa była nawet jego właściciela.
– Klara
powiedziała, że mam ułożyć jadłospis na miesiąc. Dla osoby po ciężkiej
chorobie, bez alergii pokarmowych, ale zgodnie z wytycznymi lekarza
prowadzącego. Dziwi mnie, że nie zlecono tego profesjonaliście?
– Ależ kochanie,
przecież i wy za chwilę kończycie studia – starsza pani cmoknęła z przyganą i
zamieszała w bulgoczącym garnku. – Poza tym poprosiłam pana Huberta o tę drobną
przysługę i się zgodził. Dietetyk to dietetyk powiedział. Najgorsze że i ja
będę musiała zmienić sposób gotowania – westchnęła.
– Postaram się
pogodzić te dwie rzeczy – Małgosia uśmiechnęła się szeroko. – Kiedy mam zacząć?
– Pan Hubert
jeszcze śpi. Biedaczek, ta choroba całkiem go wyczerpała.
– Choroba?
– Raczysko.
Okropne. Walczył z nim prawie dwa lata. I wygrał. Dopiero kilka dni temu wrócił
do domu, przedtem przebywał w zagranicznych kurortach. Wróciła sama skóra i
kości – gospodynie pokręciła głową z nieudawaną rozpaczą. – Myślałam, że od
razu go odkarmię, ale powiedział, że nie może. Dieta i dieta. Co za szaleństwo
z tymi dietami!
– Ludzie jedzą
więcej i gorzej – odparła w zadumie dziewczyna. – W rezultacie tyją, mają
problemy ze zdrowiem. A to odpowiednie jedzenie jest najlepszym lekarstwem.
– Zależy co kto
rozumie pod tym pojęciem. No, kochanie. Jesteś głodna?
Powinna zaprzeczyć, ale
faktycznie pożarłaby konia z kopytami. Zawstydzona skinęła głową i po chwili
stał przed nią talerz z kanapkami, tuż obok apetycznie wyglądający kawałek
drożdżowego ciasta oraz szklanka soku jabłkowego. Zjadła wszyściutko, co do
ostatniego okruszka. Wypiła i poprosiła jeszcze o szklankę wody. Przez cały
czas przysłuchiwała się wartkiemu potokowi słów płynących z ust starszej pani.
Według jej opowieści ten pan Hubert musiał być niezwykle szlachetnym
człowiekiem. Cała rodzina taka była, prócz jego bratanka, tak zwanej czarnej
owcy. Młody próżniak hulał po świecie, wracając jedynie po to, by rodzice
zasilili jego konto w banku. Gdy ci odmówili dalszej pomocy, naprzykrzał się
biednemu, schorowanemu stryjowi.
– O! – rozmowna
kobieta zamarła. – Pan Hubert chyba się obudził. Zaniosę śniadanie i powiem, że
przyszłaś. Pewnie przyjmie cię na werandzie. Dziś taka piękna pogoda.
To mówiąc,
błyskawicznie zastawiła tacę i pchnąwszy łokciem drzwi, szybko wyszła.
Gosia została sama.
Jeszcze raz rozejrzała się dookoła, kontemplując wszystkie drobiazgi,
podziwiając każdy dopieszczony szczegół. I ciepło, które panowało w tym
wnętrzu. Nie to odczuwalne fizycznie, ale to, które dało jej skołatanym nerwom
odrobinę ulgi.
– Już jestem –
gospodynie wróciła tym razem z pustą tacą. – Zrobię ci kawę i pójdziemy. Pan
Hubert zażyczył sobie, byś towarzyszyła mu przy śniadaniu.
Sprawnie zaparzyła
napój i nakazała Gosi pójść za sobą. Minęły dwa pokoje i w końcu wyszły na
zacienioną werandę.
Trzeba powiedzieć, że
nie tego się spodziewała. Miała pewność, iż ujrzy schorowanego, starszego pana,
o posiwiałych włosach i drżących dłoniach. Tymczasem w fotelu siedział młody
mężczyzna, może nawet jej rówieśnik. Faktycznie był szczupły, zbyt szczupły.
Policzki miał zapadnięte, jasne włosy króciutko ostrzyżone, bladą, prawie
przejrzystą cerę i spierzchnięte wargi. Tylko oczy, wąskie, prawie czarne, mierzące
ją teraz bacznym spojrzeniem, świadczyły o tym, że nie miała do czynienia z
duchem.
Zmieszana, usiadła w
drugim fotelu, cicho się przywitała i podziękowała gosposi za kawę.
– To ja wracam do
kuchni. Proszę dać znać, gdyby pan czegoś potrzebował.
Skinął głową. Wciąż nie
spuszczał z Małgosi badawczego spojrzenia. Jakby ją oceniał?
– Miałam… –
przełknęła ślinę, czując jak się rumieni. To głupie, ale nie umiała nad tym
zapanować. – Miałam ułożyć dietę. Chyba dla pana…
– Ile masz lat? –
spytał ostrym tonem. Głos miał głęboki, o niskiej barwie, lekko schrypnięty. I
nieoczekiwanie seksowny. Tak pomyślała, choć zaraz potem zbeształa się za takie
myśli.
– Dwadzieścia
cztery. W tym roku kończę studia z dietetyki – odparła cicho, zastanawiając się,
dlaczego pyta. Czyżby była za młoda? Spodziewał się kogoś bardziej
doświadczonego?
– Nie obraź się,
ale wyglądasz jak licealistka. Musiałem spytać. Pani Ula ma czasami dziwaczne
pomysły.
– Mogę pokazać
dowód.
– Bez przesady –
machnął ręką i z apetytem zabrał się za jedzenie. – Wierzę ci. To pewnie ty
jesteś bardziej zdziwiona moim wiekiem?
– Trochę.
– Więcej niż
trochę. To widać – uśmiechnął się znad krawędzi filiżanki.
– Mówiła o
chorobie nowotworowej, o bratanku. Sądziłam, że będzie pan starszy.
– Nie pan. Hubert.
To była białaczka, a moi rodzice zafundowali sobie jeszcze jedno dziecko czyli
mnie, gdy reszta była już dorosła.
– Małgosia –
przedstawiła się również. Nie podała mu ręki, bo i on tego nie zrobił.
– Wkrótce
przyjdzie mój lekarz. Uzgodnisz z nim szczegóły, choć ostrzegam, że jest
nastawiony dość wrogo. Wolałby prawdziwego profesjonalistę, a nie jakąś tam
studentkę.
Zarumieniła się.
Opuściła głowę, czując gorycz w ustach. I strach, że sobie nie poradzi, że nie
podoła temu, czego od niej oczekiwano.
– Ale on nie ma
nic do gadania. Ja płacę, ja wymagam – uciął krótko mężczyzna. – Zresztą mam
wrażenie, że do zdrowia najszybciej pomogłabym mi wrócić kuchnia pani Uli, a
nie jakieś durne diety.
– Durne?
– Gotowane mięsko,
mięsko z grilla, mięsko smażone bez tłuszczu. Ble… – wykrzywił twarz. – Ja bym
wolał prawdziwego schabowego, tłuściutką goloneczkę, pierogi. Ech… - westchnął
i spojrzał na nią z nagłym zainteresowaniem. – Mogłabyś to uwzględnić w menu?
Cudownie! Co jeszcze?
– Postaram się –
powiedziała tylko.
– Postaraj się
dobrze, to zapłacę z premią – mruknął, wciąż badawczo się jej przyglądając. –
Podobasz mi się.
To były piękne słowa,
wypowiedziane suchym, beznamiętnym tonem. Podniosła głowę i odważnie zmierzyła
się z jego spojrzeniem.
– Skomplementowałem
twoją niewątpliwą urodę – wyjaśnił, odrobinę rozbawiony. – Powinnaś powiedzieć
dziękuję i będziemy mogli kontynuować rozmowę.
– Więc dziękuję.
– Ależ nie ma za
co. Stwierdziłem jedynie oczywisty fakt.
Nie rozumiała go.
Wyglądał jakby z niej drwił. Ale jego głos wyprany był z wszelkich emocji,
całkowicie spokojny, stonowany. Ciemne oczy nadal badawczo się jej przyglądały.
Zupełnie nie krępowało go jej zakłopotanie.
Bardzo długo siedzieli
w milczeniu. On sącząc kawę, ona z narastającą paniką zastanawiając się co
dalej? Splotła dłonie i odwróciła wzrok, z dziwnym uporem wpatrując się w pnące
się tuż obok po drewnianym rusztowaniu, krzaki róż.
Był młodszy? Starszy?
Jeśli tak, to niewiele. Naprawdę trudno jej było to określić. Oczy i ślady
przebytej choroby dodawały mu wieku. Kiedyś mógł być przystojny. Wyobraziła go
sobie na plaży, z rozwichrzonymi włosami w kolorze złota, opalonego, z tymi
ciemnymi oczyma i bielą uśmiechu. Teraz był jedynie bladym cieniem, wychudzonym,
wynędzniałym. Jedynie w tych niezwykłych ciemnych źrenicach tliła się wola
życia. Może właśnie dlatego zwyciężył? Pokonał chorobę, która potrafiła zabić
tak wielu?
Nagle wstał. Zrobił to
niezdarnie, sięgając po coś, co było ukryte za oparciem fotela. Po kulę. W
pierwszej chwili pomyślała, że to z powodu osłabienia chorobą. Potem nagle
zrozumiała swoja pomyłkę. Miał na sobie krótkie spodenki, a jego prawa noga
była ucięta, tuż poniżej kolana. Póki siedział, nie było tego widać. Teraz
jednak…
– Gapisz się,
jakbyś nigdy nie widziała inwalidy – powiedział opryskliwie.
– Nie gapię się.
Jedynie czuję się zaskoczona. To z powodu choroby?
– Choroby,
choroby, choroby – powtórzył niczym echo. – Można to tak nazwać. Głupota też
bywa chorobą.
– Głupota?
– Zbyt szybki
motor, zbyt wiele alkoholu i nazbyt mało rozsądku. Dobrze że straciłem tylko
nogę, a nie życie.
O dziwo, ale poruszał
się niesłychanie sprawnie. Popatrzyła z odrobiną współczucia na szczupłe, wręcz
wychudzone ramiona. Potem na zapadniętą klatkę piersiową.
– Faktycznie
przydałaby ci się tradycyjna kuchnia – westchnęła, również wstając.
– Umiesz gotować?
– Powiedzmy, że
całkiem nieźle. Choć twojej gosposi na pewno nie dorównam. Dawno się to stało?
– Miesiąc przed
tym, jak zdiagnozowano u mnie białaczkę. Wiesz jak to jest, gdy w przeciągu
kilku tygodni wali się całe twoje życie? – spytał z goryczą.
– Może wiem? –
odparła cicho.
Zdziwiła go. Widziała
to w sposobie, w jaki uniósł w górę brwi, w ciemnych oczach. Ale nie drążył
więcej tego tematu. Być może wcale go nie obchodziły jej kłopoty? Być może też
był zarozumiałym dupkiem, którego nie interesowały nieszczęścia innych ludzi,
jedynie jego własne?
Wszedł do salonu, gdzie
czekał już na nich starszy, dystyngowany mężczyzna, w ciemnym garniturze.
Małgosia nabrała
powietrza do ust i wypuściła je bardzo powoli, licząc do dziesięciu. Przywołała
na twarz uśmiech i ruszyła do przodu. W końcu miała tu pracę do wykonania. Wywiąże
się z powierzonego jej zadnia, zainkasuje zapłatę, a potem i tak nigdy więcej
go nie zobaczy.
I dobrze. Współczucie
bywało niebezpieczne. Sprowadzało jej serce na manowce. A ona już i tak dość
miała kłopotów. Chociaż… Nie nazwałaby tego kłopotem. Uśmiechnęła się i bardzo
delikatnie pogładziła, płaski jeszcze brzuszek. Nie zauważyła, że Hubert
przygląda się jej ze zdumieniem. I z błyskiem zazdrości. Niebezpiecznym
błyskiem, mówiącym o nim więcej niż sam chciałby wyjawić.
***
Siedziała w poczekalni
małego gabinetu, czekając na umówioną wizytę, gdy niespodziewanie zaterkotał
jej telefon. Spojrzała na numer. Nieznany. Cóż, wypada odebrać.
– Cześć –
usłyszała głęboki męski głos. W pewnym momencie pomyślała, że to Nikodem.
Zdrętwiała, bo wcale jej to nie ucieszyło. – To ja.
– Co za ja?
– Nie poznajesz?
Hubert.
Chciała odpowiedzieć,
że nie zna żadnego Hubert, że to pomyłka. I nagle sobie przypomniała. To ten
kaleki chłopak, dla którego układała dietę półtora miesiąca temu.
– Już kojarzę.
– To dobrze. Mam
do ciebie sprawę – odparł niecierpliwie.
On do niej? Następne
zlecenie? W sumie nie pogardziłaby dodatkową pracą.
– Przyjedź, dziś
wieczorem. Porozmawiamy. A może mam przysłać samochód?
– Tak – odparła
stanowczo. Podróż autobusem w taki upał wcale jej się nie uśmiechała, a na
taksówkę szkoda było pieniędzy. Dobrze że sam zaproponował.
– Osiemnasta?
– Może być. Podam
adres…
– Już mam. Bądź
gotowa.
I rozłączył się.
Zdziwiona Małgosia jeszcze raz spojrzała na ekran komórki. Miał jej adres? Skąd?
Chyba że pani Ula zadzwoniła do Klary, a ta udzieliła niezbędnych informacji?
Wzruszyła ramionami. Jakoś nie miała ochoty tego dociekać. Zlecenie to
zlecenie. Chyba nie ma znaczenia gdzie mieszka?
Tak więc o umówionej
porze, stała pod wejściem, ubrana w lekką, rozkloszowaną sukienkę, z włosami
spiętymi na czubku głowy i z nieodłączną, wielgachną torbą przewieszoną przez
ramię. Obiecane auto podjechało i Gosia pomyślała z rozrzewnieniem, że zawsze
chciałaby podróżować w tak komfortowych warunkach.
Potem znalazła się na
werandzie. A naprzeciwko niej stał Hubert. Inny. Odmieniony. Przybrał na wadze
i nie przypominał już szkieletu pokrytego skórą. Był opalony, zupełnie tak, jak
to sobie kiedyś wyobraziła, włosy miał dłuższe, wypłowiałe od słońca. Dopiero
teraz zauważyła więcej szczegółów. Trójkątną twarz o ostrym podbródku z
niewielkim dołeczkiem. Proste, wąskie usta. Wydatne kości policzkowe. Jedynie
oczy się nie zmieniły. Ciemne, prawie czarne, w oprawie jasnych rzęs i brwi,
mierzyły ją badawczo.
– Cześć – powiedział
niczym dobry znajomy, podczas przyjacielskiej wizyty.
Tym razem nie miał
kuli. Wyglądał całkiem normalnie, ubrany w jasne spodnie, białe trampki oraz
błękitną koszulkę. Całkiem zwyczajnie, choć ona wiedziała, że część jego ciała
stanowi proteza.
Podszedł bliżej,
pochylił się i pocałował ją w policzek. Zaskoczona, spojrzała w górę. Choć nie
należała do niskich kobiet, on i tak górował nad nią wzrostem. Musiał mieć
ponad metr dziewięćdziesiąt. Jak Nikodem, pomyślała, czując bolesny skurcz
serca. Jak Nikodem.
– Niezwykle
gustowna torebka – wskazał z rozbawieniem na jej dużą, wypchaną torbę.
– Pojemna. Nie
zdradziłeś szczegółów, ale sądziłam że…
– Nie, tym razem
chodzi o coś innego. Chodź do salonu, czeka tam na nas kolacja.
Z prawdziwym zamętem w
głowie, podążyła za nim. Odsunął jej krzesło, pomagając zająć miejsce. Usiadł
naprzeciwko. Nalał wina.
Wszystko w towarzystwie
zmysłowej, kojącej muzyki, płynącej gdzieś z góry.
Jednak nie czuła
zadowolenia. Była zaskoczona, nawet odrobinę przerażona. Czego chciał od niej
ten człowiek?
– Który to
miesiąc? – To on pierwszy przerwał ciszę.
– Prawie szósty.
– Ciąża ci służy.
Wyglądasz pięknie.
– Czego chcesz?! –
Dłużej nie wytrzymała napięcia. Chodziło mu o coś więcej niż zwykłe zlecenie
dla dietetyczki.
– Pomalutku –
uśmiechnął się szeroko. – Słyszałem, że z wyróżnieniem obroniłaś dyplom?
– Skąd?...
– Od pani Uli.
Pochwaliła się zarówno sukcesem Klary, jak i twoim.
– No tak –
zakłopotana przygryzła dolną wargę. – Ale wolałbym wiedzieć, co zamierzasz.
– Nie zrobię ci
krzywdy, jeśli o to chodzi – zabębnił palcami w blat stołu.
– Mogłabym prosić
o coś innego do picia?
– No tak. Nie
pijasz alkoholu. Tu jest woda.
– Wystarczy.
– Zaraz przyniosą
kolację. Zjemy i porozmawiamy.
Znów była głodna. Z
rozpaczą pomyślała, gdzież się mieści to całe jedzenie, które pochłaniała?
– Mam dwadzieścia
cztery lata, jak ty. Przed wypadkiem studiowałem w szkole wojskowej.
– Wojskowej?
– W Dęblinie.
Najpierw liceum, potem jako jeden z najlepszych absolwentów bez problemu
dostałem się do szkoły wyższej.
– Chciałeś zostać
pilotem?
– Chciałem –
odpowiedział ponuro. – Zawsze chciałem. Całe swoje życie podporządkowałem
jednemu marzeniu. I zniszczyłem je w przeciągu kilku minut. Zresztą i tak…
– Białaczka –
dopowiedziała, w zamyśleniu gładząc opuszkiem palca krawędź
– No tak,
białaczka – powtórzył szyderczo.
Ciężko, naprawdę ciężko
było go rozgryźć. Wydawał się wesoły, szczery, taki całkiem zwyczajny. I nagle
zmieniał się o sto osiemdziesiąt stopni. Twarz tężała, oczy ciemniały, a usta
wykrzywiała gorycz. A potem znów wracała beztroska.
Dyskretny kelner
obsłużył ich w mgnieniu oka. Znów zostali sami.
Małgosia nie potrafiła
dłużej czekać. Z ledwością panując nad swym wilczym apetytem, zabrała się do jedzenia.
Z żalem zdążyła jeszcze pomyśleć, że było go tak mało.
– Czy to
przygotowywała pani Ula? – spytała z niedowierzaniem, wskazując na talerze z
mikroskopijną porcją mięsa i jakimiś warzywami.
– Nie. Wyjechała
na tydzień do rodziny. I mam nadzieję, że szybko wróci – westchnął z żalem.
– Wcale się nie
dziwię.
Odpowiedział uśmiechem
na jej uśmiech. Podsunął deser, gdy skończyła danie główne. Sam prawie nie
tknął tego, co miał na talerzu. Całkiem poważnie zaczęła się zastanawiać czy
nie poprosić go, by odstąpił jej swoją porcję. Jednak ciekawość i chęć poznania
powodów, dla których ją tu zaprosił były silniejsze.
– Teraz mów –
rozkazała, wypijając resztkę wody.
Zasępił się. Wyglądało
na to, że i jemu brakowało odwagi. O co tu u diabła chodziło? Oparła podbródek
na złączonych dłoniach i wpatrywała się w niego pytająco.
– Zanim mnie
wysłuchasz, musisz dać słowo, że pozwolisz mi skończyć.
– Mówisz
zagadkami?
– Proszę!
– No dobrze –
odparła powoli. – Masz kwadrans, by powiedzieć, o co ci chodzi.
Głęboko odetchnął i na
sekundę przymknął oczy. Potem otworzył je i za nagłą determinacją wyrzucił z
siebie.
– Potrzebuję
dziecka.
Zamarła. Strach ścisnął
jej gardło.
– Nie, nie twojego
– dodał szybko. – Głupio się wyraziłem. Chciałbym mieć własne.
– Nie rozumiem…
– Z tobą – dodał z
determinacją.
Siedziała i tylko
patrzyła. Jej oczy stawały się coraz większe, coraz mniej też z tego
wszystkiego rozumiała.
– Ależ ja jestem w
ciąży!
– Tak. Jednak w
końcu urodzisz, dojdziesz do siebie i tak dalej. Czy zgodziłabyś się urodzić
moje dziecko? Potem, za jakiś czas?
– Zwariowałeś!
– Nie! –
przytrzymał ją, gdy próbowała wstać. – Nie! – powtórzył jeszcze bardziej
stanowczo. Przeraził ją wyraz jego twarzy. Zachłanny, pazerny, wręcz
wygłodniały.
– Obiecałam cię
wysłuchać, ale to… To szaleństwo!
– Mogę się nawet z
tobą ożenić.
– Dlaczego? –
jęknęła, usiłując wyrwać się z jego uścisku.
– Nie chcę
umierać, nie pozostawiwszy po sobie żadnego śladu – powiedział cicho. – To tak,
jakby mnie nigdy nie było. Moje życie było beznadziejne. Nie chcę by śmierć
była równie bezsensowna.
Zamarła. Uspokoiła się.
– Dlaczego ja?
– Bo byłaś
pierwszą kobietą, która… – zająknął się. – Na widok, której poczułem
podniecenie. Przez ponad rok nie byłem zdolny nawet pomyśleć o seksie. Dopiero
gdy spotkałem ciebie…
– Mnie?!
– Tak.
Na powrót zajęła swoje
miejsce i zamyśliła się. Była zaskoczona, a jednocześnie współczuła mu. Czyżby
nawrót choroby? Zaraz…
– Byłeś chory na
białaczkę. Z pewnością nie uniknąłeś chemioterapii czy radioterapii. Czy po
czymś takim można mieć dzieci? – spojrzała na niego pytająco. Zakłopotał się.
Pochylił głowę i wciąż wystukiwał miarowy rytm palcami.
– To niezupełnie
tak.
– Nie jestem
ekspertem, ale to chyba oczywiste, że występują po czymś takim problemy?
– Chodzi o to, że
to nie był nowotwór.
Znów udało się mu ją
zaskoczyć. Chociaż dlaczego nie? Tak mało o nim wiedziała, można nawet uznać,
że prawie nic.
– A co?
– Odwyk – oznajmił
krótko, ostrym tonem. – Byłem uzależniony od wielu rzeczy. Od prochów, seksu,
alkoholu. Staczałem się w dół w rekordowym tempie. Wypadek nie był początkiem
moich nieszczęść. Był punktem kulminacyjnym.
– Boże! –
zasłoniła dłonią usta. – Przecież miałeś niewiele ponad dwadzieścia lat!
– Czy wiek ma tu
jakiekolwiek znaczenie?
– A szkoła?
Mówiłeś…
– Wywalili mnie.
Dwa miesiące przed końcem roku. Olałem to i pojechałem na wakacje. Szalone,
pełne przygodnego seksu, orgii, używek i lejącej się strumieniami wódki.
– Jakie to dziwne
– zadumana spojrzała w jego pełen żalu oczy. – Miałeś wszystko. A ja w tym
czasie uczyłam się, pracowałam przez pozostały czas, starając uzbierać sobie
pieniądze na najpilniejsze potrzeby i krótkie wakacje pod namiotami.
– Szkoda że cię
wtedy nie znałem.
– Przeleciałbyś
mnie i zapomniał kolejnego dnia. Tak jak… – urwała raptownie i pobladła.
– Tak jak ojciec
twojego dziecka?
Nie miała siły, by
odpowiedzieć. Wstała i podeszła do okna. Nie chciała, by oglądał jej łzy. To
były wciąż bardzo bolesne wspomnienia. Najbardziej jednak doskwierała
świadomość, że nie będzie miała się z kim podzielić swoim szczęściem. Każdym
uśmiechem, sukcesem, pierwszymi słowami i tym, jak malec będzie rósł. Do kogo
powie „tato”?
– Przepraszam –
podszedł z tyłu i bardzo delikatnie ją objął. – Nie chciałem być gruboskórnym
draniem. To chłopiec czy dziewczynka?
– Chłopiec –
otarła oczy. – Wciąż jednak nie rozumiem. Wyzdrowiałeś, prawda?
– W pewnym sensie
– odparł zamyślony, pieszcząc jej nagą skórę.
– Nie mógłbyś
znaleźć sobie odpowiedniej partnerki? Zakochać się? Założyć rodzinę? Po ci taki
pseudo związek?
– Nie chcę innej.
Chcę ciebie.
Przy największych
staraniach nie mógłby jej bardziej ogłuszyć.
– Dlaczego?
– Zadawałem sobie
to pytanie przez ostatnie półtorej miesiąca. Dzień w dzień, prawie co noc. Nie
wiem Małgosiu. Ale chcę ciebie. Pragnę. Pożądam.
– Widzieliśmy się
tylko raz. Zamieniliśmy kilka zdań. Wciąż nie rozumiem.
– Niezupełnie
tylko raz.
Poczuł jak
znieruchomiała.
– Co masz na
myśli?
– Obserwowałem
cię. Jak wychodziłaś z uczelni, smutna lub radosna. Jak robiłaś zakupy, za
każdym razem zastanawiając się, co możesz włożyć do koszyka. Czasami nawet
widziałem w oknie twego pokoju cień sylwetki z coraz bardziej okrągłym
brzuszkiem.
Bardziej ją wystraszył
tymi słowami niż zachwycił.
– To chore!
– Bo mi się
podobasz?
– Powinnam wracać.
– Nie! – Tym razem
jego uścisk stał się brutalny. Nie sądziła, że drzemie w nim tyle siły.
Przytulił ją, wywołując nowy atak paniki. Naprawdę się bała. O siebie, o
dziecko.
– Nie zrobię ci
krzywdy – powtórzył z uporem. – Proszę, daj mi szansę!
– Już robisz. To boli!
– Proszę!
– Hubert! Puść
mnie!
– Proszę! – ryknął
nieoczekiwanie nad jej uchem. – Co mam jeszcze zrobić, byś dała mi szansę?
Błagać na kolanach? Czołgać się u twych stóp?
– Odzyskać zdrowy
rozsądek! – wyrwała się w końcu z jego uścisku i stanęła naprzeciwko, mierząc
go wzrokiem.
– Zapłacę –
oznajmił twardo. – Zapłacę – wymienił sumę, od której zakręciło się jej w
głowie. – Dziecko będzie twoje. Nie mam zamiaru go odbierać, walczyć czy
cokolwiek w tym stylu. Chce jedynie by było. Istniało.
– Jesteś zdrowo
pogięty.
Zaczął się śmiać. Potem
nagle ten śmiech zamienił się w szloch i mężczyzna padł na kolana, zanosząc się
płaczem.
Nie rozumiała. Naprawdę
niczego nie pojmowała. Ani jego nagłej fascynacji, ani uporu, co do jej osoby.
Mógł znaleźć tyle innych chętnych kandydatek na jej miejsce. Dlaczego tego nie
zrobił?
A gdyby tak się
zgodziła? Nigdy więcej nie musiałaby martwić się o przyszłość swego dziecka.
Pomyłka, wtedy byłaby ich dwójka. Życie przestałoby nieść ze sobą wyłącznie
problemy i troski o kolejny dzień.
– Nie wiem czy mam
w sobie tyle siły, by zostać samotną matką z dwójką dzieci. – Podeszła bliżej i
bardzo delikatnie pogładziła jego krótkie włosy. Nie wstał, tylko objął ją w
pasie i przytulił się.
Nagle uniósł głowę i
spojrzał na nią przenikliwie.
– To wyjdź za
mnie!
– Nie znam cię. W
dodatku wybacz, lecz wydajesz mi się niespełna rozumu. Twoje szaleństwo budzi
we mnie strach.
– Szaleństwo? A
może kalectwo?
– Nie – pogładziła
go po wciąż jeszcze mokrym policzku. – Szaleństwo. Kalectwo jest najmniejszym z
problemów.
– Co cię może
przekonać?
– Czas.
– Nie chcę czekać.
– Posłuchaj mnie –
tym razem ujęła jego szczupłą twarz w obie dłonie. – Jesteś dla mnie obcą
osobą. Widzimy się drugi raz w życiu. Nie jestem gotowa na jakiekolwiek
związki, a zwłaszcza na tak pokręcone, wręcz głupie propozycje. A ty
zachowujesz się niczym dziecko przy witrynie sklepu z zabawkami. Jeszcze
brakuje tego, abyś szantażem czy łzami wymusił na mnie podjęcie decyzji.
Jego twarz stężała. Nie
spodobały mu się te słowa. Lecz podświadomie czuł, że dziewczyna miała rację oceniając
go w ten sposób.
Problemem nie była jej
ciąża czy też to, że faktycznie się nie znali.
Problemem było jego
pożądanie, nagłe zauroczenie śliczną kobietą. Wręcz obsesja, która zmuszała go
do śledzenia jej przez ostatnie tygodnie, podglądania, zdobycia każdej, nawet
najbardziej błahej informacji o jej życiu. Od pierwszego momentu gdy się
spotkali, od pierwszej chwili gdy spojrzał w ogromne, niebieskie oczy był
pewien, że ta kobieta jest mu przeznaczona. Na samym początku pokpiwał z swoich
myśli. Z czasem wspomnienia o niej, marzenia o niej, stały się przyczyną bezsennych
nocy i dni pełnych ponurych rozmyślań.
W końcu zrozumiał jedno
– ta, albo żadna inna!
Kiedyś poszłoby mu
bezproblemowo. Ona też pewnie nie zdołałaby się oprzeć. Postąpiłby jak bydlak,
który ją skrzywdził i zostawił. Czy przejąłby się jej rozpaczą? Złamanym
sercem? Dzieckiem? Absolutnie nie. Świadomość tego faktu była niezwykle gorzka
do przełknięcia.
– To co mam
zrobić?
– Poczekać.
– Na co?
– Aż będę gotowa
zaufać kolejnemu mężczyźnie.
– Nie masz się we
mnie zakochiwać. Chcę jedynie byś urodziła moje dziecko – wybuchnął. Skłamał,
ale to była jego przynęta, na którą chciał złapać swą zdobycz.
– Cóż… Teraz to i
tak niemożliwe – roześmiała się nagle. – Jeśli wrócimy do tej rozmowy, to musi
minąć trochę czasu.
– Możemy się
widywać?
– Na popołudniowej
kawie, od czasu do czasu?
– Codziennie?
– Hubert!
– Mogłabyś nawet u
mnie zamieszkać.
Uparty jak osioł.
Pokręciła zrezygnowana głową. Wciąż czuła strach. Jego oczy miały w sobie coś
obcego, coś co budziło obawy o stan jego umysłu. Lepiej było odsunąć go nawet na
cały rok. Może zapomnij? Może znajdzie sobie inny obiekt do prześladowań? Oby.
– Nie zamieszkam u
ciebie. Nie będziemy się widywać. Spotkanie wyznaczymy za rok, od tego dnia. O
ile dobrze zrozumiałam, odnajdziesz mnie bez problemu.
– Rok?! – jęknął z
prawdziwą rozpaczą.
– Rok. Ani dnia
krócej. Złamiesz zasady i nici z twoich planów. Zrozumiałeś?
– Ale rok?!
– I nie masz mnie
śledzić. Inaczej pomyślę, że jesteś psychopatą i raczej udam się na policję niż
pod ołtarz. Zrozumiałeś?
Bardzo powoli wstał i
się wyprostował. Nie podobało jej się, że tak bardzo nad nią górował. Dreszcz
przebiegł przez całe ciało, gdy stanowczym ruchem ujął jej podbródek i zatopił
w niej spojrzenie ciemnych oczu.
Przerażał. Widziała w
nich swego rodzaju chłód i twardość. Postanowił, że ją będzie miał i wcale nie zamierzał
z tego zrezygnować. Czym zasłużyła na tak natrętną, niemiłą adorację?
Tak, doskonale zdawała
sobie sprawę, że zaliczano ją do pięknych, seksownych kobiet. Ale czy to był
powód? Czy to było źródło jego obsesji?
– Dam ci rok –
powiedział cicho, wciąż wwiercając się w nią ostrym, agresywnym spojrzeniem. –
Rok i będziesz moja. Zrozumiałaś?
– Rok i będę mogła
się zastanowić nad twoją propozycją.
– Nie.
– Chyba ja o tym
decyduję? – powiedziała ze złością, odtrącając jego dłoń.
Nie odpowiedział.
Wpatrywał się bez słowa, twardo, nieustępliwie. Nie miał ochoty tracić czasu na
bezsensowne kłótnie. Nigdy w życiu nie potrafił tak jasno sprecyzować swych
pragnień, tak mocno się przy nich upierać. Poczeka ten cholerny rok. Poczeka! I
ani dnia dłużej.
– To dla ciebie,
abyś o mnie pamiętała – odezwał się nagle. Nie zdążyła ani odsunąć się, ani
odwrócić twarzy. Zaprotestowała jedynie cichutkim jękiem, próbując wyrwać się z
jego objęć, przerwać ten pocałunek.
Sam ją uwolnił, dając raptownie
kilka kroków w tył.
– Skoro wszystko
jasne, możesz wrócić do domu – odezwał się ze spokojem, choć w jego duszy i
ciele szalały kompletnie inne pragnienia. – Samochód czeka na podjeździe –
dodał, odwracając się i podchodząc do okna.
O niczym więcej tak nie
marzyła, jak o ucieczce. Błyskawicznie chwyciła swoją torbę i niemal biegiem
ruszyła do wyjścia. Pożegnało ją nieco drwiące:
– Do zobaczenia za
rok!
Oby nie! Modliła się, by
zapomniał, zrezygnował, może znalazł sobie kogoś innego.
Bała się. Bała się tej
nieustępliwości, czegoś na granicy szaleństwa.
Bała się, że zrobi jej
krzywdę. Albo co gorsza, skrzywdzi jej dziecko.
I bała się własnych
pragnień. Tak łatwo było się zgodzić, przyjąć atrakcyjną propozycję wygodnego życia.
Przerażało, że tak
łatwo było przyłączyć się do tego szaleństwa.

 

 
 
Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonimowy
    | Odpowiedz

    A co ile będziesz coś dodawać?

  2. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko fantastyczne.
    Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twój blog. Piszesz ciekawie. Pisz dalej. Obyś tu przynajmniej była wiele lat. Gratulacje z okazji rocznicy 1 roku. Bądz dalej taka twórcza jak jesteś. Wszystkiego najlepszego.

  3. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Hej Babeczko,
    wchodzenie na Twojego bloga stało się moją rutyną, przeniesienie się do słodkiego świata marzeń chociaż na chwilę.
    Czasami czuję się jak dziecko, które jak dostanie lizaka to jest cicho i zachwycone smakołykiem powoli się nim delektuje. A jak lizak się skończy, to znowu wraca niecierpliwość, szarpanie za spódnicę i wołanie "daaaj więcej".
    Dzisiaj otrzymałam wielkiego, smacznego lizaka.
    Mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na następnego.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Aga 🙂

  4. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Kiedy kolejna część ?? Jak zwykle przeczytałam z otwartymi szeroko oczami i buzią nie mogąc się doczekać następnych zdań .:)

  5. AD
    | Odpowiedz

    Babeczko Kochana – nie jestem dobra w skladaniu zyczen itp ale..
    po pierwsze Gratuluje wspanialego bloga – jestes niesamowita !!!
    a po drugie zycze Tobie i nam wszystkim oczywiscie , aby nigdy nie zabraklo ci natchnienia i czasu na pisanie dla nas tych wspanialych opowiadan!!!

    Dziekuje ze jestes 🙂

  6. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Wow, niesamowity pomysł Babeczko! Opowiadanie idealne na chwilę oddechu przed jutrzejszym egzaminem. Świetnie się czyta i już się nie mogę doczekać kolejnej części 🙂
    V.

  7. Anonimowy
    | Odpowiedz

    I zapomniałam o najważniejszym! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin bloga! 😉 Pisz dalej i dziel się swoją pasją.
    V.

  8. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Nie wiem jak Ty to robisz, ale Twoje opowiadania sa cuuuuuudooooowneeee!!! Pisz i nigdy nie przerywaj niech ten blog Babeczko trwa wiecznie. Calusy i pozdrowienia. Wierna czytelniczka Kari ^^

  9. Tycja
    | Odpowiedz

    Fantastyczne! Już nie mogę doczekać się kolejnych części. Skąd Ty bierzesz te pomysły? ;P
    Tylko uciekło Ci "ć" w jednym miejscu "Na razie tylko tyle, bo więcej nie zdołałaby unieś." 😉 Pozdrawiam serdecznie :*

  10. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Podoba mi się 🙂 zawsze masz jakiś ciekawy pomysł na opowiadanie 😉 skąd Ty czerpiesz inspiracje?? 😉
    pozdrawiam, Ola.

  11. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Superowe.:D

  12. Anonimowy
    | Odpowiedz

    fantastyczne opowiadanie;)

  13. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Hihi, fajne. Wpadłam na bardzo podobny pomysł jakieś 3 miesiące temu, tylko facet był dużo bardziej "wpływowy" i w zamian za małżeństwo i dziecko obiecał bohaterce pomoc dla jej ciężko chorej przyjaciółki 🙂 Ale nawet zachowywał się podobnie… Chłodny, na granicy szaleństwa.

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      można gdzieś przeczytać Twoje opowiadanie ?

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Jeśli chciałoby Ci się czytać coś, co objętością pomału przypomina książkę 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Szczerze mówiąc i ja jestem ciekawa. Jak jest dostępne gdzieś w necie, to daj namiary. Proszę! :-)))

    • IS
      | Odpowiedz

      Tak publicznie w necie to nie, ale na maila mogę podesłać 🙂 Tylko to naprawdę straaaaaaasznie długie jest :)))

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Dołączam się do prośby 😀

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Pewnie że chciałabym. Proszę o jakiś namiar na blog czy coś w ty rodzaju.

    • IS
      | Odpowiedz

      Ok, to jesli Babeczka pozwoli, to po południu umieszczę tu link do fragmentu 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Pozwalam. Umieszczaj. Sama z chęcią poczytam 🙂

  14. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Kiedy następna część?? 😉

  15. Anonimowy
    | Odpowiedz

    SUPER.Kochana Babeczko nie każ długo czekać na ciąg dalszy..;) pozdrawiam cieplutko.

  16. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ej no Daj cos nowego, niby urodziny i wgl ale co my mamy siwetowac? jeden tekst? i tego ze cie ciagle dla ans nie ma? ;(

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Babeczka nie jest automatem co wydaje opowiadania na zawolanie..wiecej wyrozumialosci prosze..aaa i nie zaczyna sie zdania od ej
      Basia

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      Może to, że pomimo nawału codziennych obowiązków, Babeczka ma czas pisać? Może sam/a załóż bloga i zobacz, czy wystarczy pięć minut między załatwianiem jednej, a drugiej sprawy…

    • Anonimowy
      | Odpowiedz

      no tak, tylko ze Babeczka ma juz ten tekst napisany a wrzucenie go tu nie zajmuje ani minutki a musimy czekac. Gdyby byo tak, ze ona go dopiero pisze to bym nigdy nie nagabywala o nowa czesc.

  17. Anonimowy
    | Odpowiedz

    SUPER.Kiedy ciąg dalszy?;) Pozdrawiam cieplutko.

  18. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Gratulacje z okazji urodzin bloga ! to 365 dni kiedy umilasz nam życie ! Życzę aby trwało to jak najdłużej! Podziwiam pomysłowość i styl pisarski. Uwielbiam każde Twoje opowiadanie a to będzie jednym z moich ulubionych.

    Kiedy możemy liczyć na ciąg dalszy ?? Może wieczorkiem ?

  19. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No Babeczko, miała być jedna część dziennie, mamy następny dzień, kiedy nas uraczysz nową częśćią, o której gdzieś? Żeby tlyko już nie odświeżać i nie odświeżać tylko ciągle babeczkarni tylko wziąć się wreszcie za nauke do egzaminu :DD

  20. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No i po co wy tak piszecie, kiedy doda, narzekacie ze nie dodaje a ona sie potem wkurza i za kare nam, prawdziwym czytelnikom nic nie wrzuca ;/ nie chcecie, to nie wchodzcie TU!!

  21. Anonimowy
    | Odpowiedz

    No fajne, tylko ten Hubert to mi się jakiś taki psychiczny wydaje…/ N.

  22. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Będzie coś dzisiaj jeszcze ? 🙂 Jutro trzeba rano wstać i nie wiem czy opłaca się czekać do północy… ostatnio mam takie dylematy 😀

  23. Anonimowy
    | Odpowiedz

    "Oj przepraszam, miałam dużo na głwoie, nie miałam czasu usiąść/mąż zabrał komputer/musiałam pomóc córci/etc i nie miałam sekundki na dodanie pliku na bloga, ale nadrobię wam to za bóg wie ile lat, bo tak naprawdę lubię coś obiecywać i nie dotrzymywać słwoa, bo mam was gdzieś 😉 a no i też przecież nie mam takiej opcji ustalania kiedy ma się określony plik dodać sam na bloga (jak to wcześniej robiłam) bo po co, nie? Tekst jest skończony ale e tam, czekajcie sobie, chociaż nabijecie mi wejść, pis joł"

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Blogów podobno jest trzy miliony… Sorry, ale ja nikogo tu nie trzymam 😉 I nie o ten licznik chodzi co jest obok, ale o UU i tutaj nie da się oszukać systemu. Poczytac w necie, doszkolić się…

      Daję tyle ile mogę. Więcej nie dam i koniec. Komu nie odpowiada, nie czyta, przenosi się gdzieś indziej i nie truje dupy.
      I na pewno nie mszczę się na swoich stałych czytelnikach, wybijcie to sobie z głowy!

      PS. Wpadłam na świetny pomysł! Włączę funkcję naliczania moich wejść i dziennie dobiję sobie z kilka setek. Co tam będę sobie żałować! W lepsze dni to nawet z dwa tysiączki wyciągnę, co nie? Hi, hi!!!

  24. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Daj sobie na luz człowieku,co słoneczko za mocno przygrzało?Babeczka ma też swoje życie prywatne.Pewnie Ty go nie masz.. ? no cóż żal.

  25. Anonimowy
    | Odpowiedz

    Zapraszam Babeczko do Dęblina i okolic:-) W takim miejscu może Ci przyjść do głowy wiele ciekawych historii:-D Ania

Napisz nam też coś :-)